Wspomnienia depresyjnej przeszłości cz.2

Zakochałam się w chłopaku starszym ode mnie o 7 lat. Miałam lat 13. Byłam może i bardziej rozwinięta fizycznie niż inne dzieciaki, ale nadal: gruba, brzydka, z aparatem na zębach i chorobliwą nieśmiałością (a raczej lękiem społecznym wywołanym przez przyjaciółkę, która mnie zdradziła). Wiedziałam, że to uczucie nie ma szans. Ale nigdy w życiu nie doświadczyłam tak mocnej potrzeby, aby ktoś mnie przygarnął i też pokochał. Dlatego jak głupia trzymałam się tego uczucia, podświadomie i szalenie, przez kilka lat, w liceum patrząc jak on odwozi swoją dziewczynę do szkoły (była 2 lata starsza ode mnie). Żałowałam wtedy, że nie jestem nią. Nienawidziłam ją, jednocześnie pragnąc się nią stać. Mój obiekt miłości potem zniknął mi z horyzontu. A ja? Stawałam się kimś, kim nie chciałam być. Uczyłam się pilnie, żeby zdobyć choć odrobinę uznania i uczucia, ale nikt mnie nie lubił, nawet moi rodzice, tak czułam. Jedyne osoby, które okazywały mi trochę ciepła – były na odległość, przez internet. M.in. osoba, którą nazwałabym swoją drugą matką – Gabriela. Kobieta w wieku mojej mamy, udzielająca mi psychologicznych porad, z czasem bardziej przyjaciółka niż psycholożka. Ale z nią kontakt też się urwał. Mniej więcej pod koniec pierwszej klasy liceum. Wtedy przestałam też widywać moją pierwszą miłość (jego dziewczyna skończyła szkołę, a on pojechał do USA, gdzie prawdopodobnie jest do dziś, ale tego nie wiem). Wtedy byłam też do cna wykończona nauką od rana do zmierzchu, aby w przyszłości „nie biedować” i godnie zarabiać. Wtedy też uczucie okazał mi ktoś niedostępny – 40-letni ksiądz, którego nikt poza mną nie lubił. Wywołało to u mnie falę tak wszechogarniającej złości, żalu i bezsilności zarazem… Że jakaś tama pękła. I płakałam całymi wiadrami, a później gdy już wszystko wypłakałam, tylko leżałam. Całe wakacje. Dla rodziców był to problem, czułam, że problemem jest to, że przez swój stan mogę nie wyjść na ludzi, albo nie zdać matury. Zaczęli mnie leczyć psychiatrycznie. Dopiero w roku szkolnym doszedł psycholog, ale fala emocji powstrzymywanych przez lata była tak wielka, że praktycznie całe wizyty przepłakiwałam. Do dziś czuję tę falę tamtych emocji i nie mogę się z niej uwolnić. Może kiedyś to wypłaczę. Może kiedyś wypłaczę brak miłości innych do mnie. I siebie samej do siebie. Brak uwagi, brak czułości i zrozumienia. Obojętność mojej pierwszej miłości (wiedział, co do niego czuję, ale pewnie nie mógł zachować się inaczej, po prostu nie chciał mnie kochać). Może kiedyś wypłaczę odrzucenie ze strony rówieśników, które powtórzyło się później w liceum ze strony dziewczyn z klasy. Przez 2 lata nie miałam później z kim porozmawiać (oprócz psychologa). Przerażenie własną chorobą i słabością, która odebrała mi chęci do życia, koncentrację do nauki i pasję… Przerażenie dorosłością, która wtedy uderzyła mnie swoją bezwzględnością i zimnem, nastawieniem na zarabianie i konsumowanie. A ja tak bardzo chciałam być pisarką, poetką, sobą. Kimś, kto daje ludziom coś więcej niż przedmioty. Zatraciłam tą pasję. Teraz trudno mi sobie wybaczyć stracony talent. Nie wiem, czy umiem do niego wrócić. Siedzę i płaczę nad sobą. Nad przeszłością. Nad teraźniejszością, która jest lepsza jedynie w tym, że mam kochanego męża. Nad tym, że nie wiem jak dalej ruszyć swoje życie w świecie, w którym umierają dzieci. Także te wewnętrzne dziecko we mnie płacze i umiera. Nie chcę na to pozwolić.

FB_IMG_1501449182596

Reklamy

Wspomnienia depresyjnej przeszłości

Dziś machnęłam tekst o mojej samotności w wieku nastu lat. Czułam potrzebę, aby to napisać. Wstawiam tu, może ktoś odnajdzie w sobie podobne emocje. Ostatnio odnajduję wiele takich sytuacji z przeszłości, które gdzieś tam mnie ukształtowały i zastanawiam się, czy taka już się urodziłam, depresyjna, czy nabyłam to w toku życia.

&&&

Pierwszy raz chciałam się zabić mając 12 lat. Pamiętam, jak siedziałam w otwartym oknie na parapecie. Na szczęście na parapecie wewnętrznym. Było upalne lato. Myślałam, czy skok z drugiego piętra bloku wywoła natychmiastową śmierć, czy będę długo i boleśnie umierać, aby w końcu nie umrzeć i zostać kaleką. Tego się bałam. Bólu. Bardziej niż śmierci. Po śmierci miały być anioły i dobry Pan Bóg. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że samobójcy nie idą do nieba. Ba, słowo „samobójca” było mi, jeśli nie obce, to całkiem świeże w zasobie słów. Myślałam też, czy bardzo by się wkurzyli, gdybym ich tylko postraszyła, że skoczę. Wystawię nogi na zewnątrz, trochę się nachylę i będę siedzieć, aż ktoś zobaczy i podniesie raban. Obawiałam się tylko, że doleję oliwy do ognia.

Dom przestał być przyjaznym miejscem, odkąd rodzice nie odzywali się do siebie. Wiedziałam, że to przeze mnie. Chciałam tylko nowe buty, a skończyło się na wielkiej awanturze o pieniądze. Niekończąca się bieda. Teraz rozumiem, ile frustracji może powodować ciągły brak pieniędzy, mimo ciężkiej pracy. Ale wtedy liczyło się tylko to, że byłam winna kłótni, po której oni mogli się rozstać. I moje podarte buty, w których wstyd mi było chodzić do szkoły.

W szkole też nie miałam łatwego życia. Moja najlepsza (eks)przyjaciółka wygadała się, że na kolonii posikałam się w łóżko. W dodatku byłam biedna i gruba. Czego chcieć więcej, aby się nade mną znęcać? Dzieci wychowane przez ulicę są bez serca. Nawiązałam nić porozumienia z drugą koleżanką, która była prześladowana z powodu biedy i jakoś się razem trzymałyśmy. Jednak ciągłe towarzystwo w klasie osoby, która złamała mi serce i zaufanie do ludzi, bolało. Dzień po dniu, jak jątrząca się rana.

Szukałam pocieszenia w rysowaniu ich karykatur w zeszytach. Tych lepszych dzieci, bogatszych, wygadanych, szczupłych i ładnych. Popularnych. Rysowałam je jako złe, brzydkie, powykrzywiane istoty, oddające się plugawej sodomii. Nabijałam się z nich, chcąc gdzieś w środku choć trochę przekonać siebie, że może do takich ich wizerunków będę wtedy pasować. Skoro teraz nie pasuję. Ja: niezmiernie wściekła na cały świat i szukająca tylko jednego – dziecięcej niewinności, która coraz bardziej mi uciekała.

Poznałam w internecie chłopaka, starszego ode mnie. Spotykaliśmy się na czacie (tak, wtedy jeszcze były czaty; muszę sprawdzić, czy jeszcze są). WhiteAngel, Artur, lat 15. Nie wiem, ile w tym było prawdy, ale gdy przestał pisać i pojawiać się na czatach, włamałam się na jego pocztę, co nie było trudne i przeczytałam dużo listów do innych dziewczyn. Moja wściekłość jeszcze się wzmogła.

Mimo to, na zewnątrz byłam jak skała. Nie okazywałam słabości, chyba że poziom łez w organizmie przekroczył już linię maksimum. Nie lubiłam sprawiać kłopotów. Płacz był kłopotem. Kolejnym dowodem na to, że jestem samotna i bezsilna. Lubiłam się uczyć. I byłam w tym piekielnie dobra. Chłonęłam wiedzę, jak gąbka. Wystarczyło jedno czytanie, abym coś zapamiętała. Uwielbiałam to. Dopóki i to nie zostało mi odebrane. Ale to już późniejsze dzieje.

&&&

FB_IMG_1507212659955