Tam, gdzie pojawia się ściana w terapii tradycyjnej, czyli ciąg dalszy o terapii wewnętrznego dziecka

29570959_985153204984417_335158238682112084_n

Obrazek dla atencji jest:) Oczywiście jeśli powyższych emocji jest zbyt dużo, też niedobrze – świadczy to o zaburzeniu – w przypadku tłumionych złości i smutku są to nerwice i depresje. Emocje są ok, jeśli mogą na bieżąco przez nas płynąć i tego się trzymam.

Dziś kilka moich luźnych przemyśleń w oparciu o własne doświadczenia terapii. Od 17 roku życia, gdy zapadłam na ciężką depresję, chodziłam do różnych terapeutów. Zwykle moje wizyty odbywały się na zasadzie poradnictwa bieżących spraw i zmiany zachowań (terapia poznawczo-behawioralna). Dały mi silny fundament pod zmianę, wiele dzięki nim wyciągnęłam… ale w 2016 roku przyszedł kolejny silny nawrót depresji i dał mi do myślenia: czy na pewno dotychczasowe terapie mi pomogły? Pewnie dzięki nim przetrwałam trudne momenty (szkoła, studia), nabrałam większego wglądu w siebie, ale… to było za mało. Wciąż wracały dawne schematy myślowe, głosy silnego wewnętrznego krytyka w mojej głowie: nie poradzisz sobie, jesteś do niczego, jesteś brzydka, gruba itd… Skąd tak negatywne myśli o sobie? Tak silne… Walka z nimi była jak walka z wiatrakami. W końcu przestałam walczyć, zaczęłam słuchać i akceptować. Dzięki temu, że dostałam się na terapię dzienną. Tam, poniekąd nie wiedząc jeszcze, że pracuję z wewnętrznym dzieckiem, zaczęłam z nim pracować. Odkrywać dawne, źle zagojone rany, aby zagoiły się prawidłowo. Wypłakiwać, wyzłościć się na to, z czym nikt nie pozwolił mi się wcześniej pogodzić, albo na co nie byłam sama gotowa. Pewnie wiele tego jeszcze we mnie tkwi, ale solidna psychoanaliza, połączona z relaksacją, medytacją i TRE oraz dawaniem sobie prawa do przeżywania emocji, także tych zakopanych dawno temu, była KROKIEM MILOWYM do mojego zdrowienia. Nie jest idealnie. Ale widzę ogromną różnicę w sobie, są momenty dłuższe niż sekundy, zdecydowanie dłuższe, że czuję się ze sobą lepiej. Czuję, że mam w sobie wsparcie, przyjaciela, matkę… Nieraz wręcz rozpiera mnie energia, nie wiem skąd, pewnie z kontaktu z moją własną duszą, która tam w głębi jest piękna i pełna miłości.

Tego momentu w terapii życzę Wam wszystkim. Droga do niego była długa i bolesna, ale warto było. Planuję oczywiście dalej pracować nad sobą, nie spoczywać na laurach. Mam na oku terapię, na którą jednak potrzebuję uzbierać trochę grosza. A póki co – pracuję. Nad jedną z najbardziej zaniedbanych w moim życiu sfer – sferą zawodową. I idzie mi coraz lepiej;)

Przesyłam uśmiech i medytację od Violi:

Reklamy

Leczenie wewnętrznego dziecka

Praca, którą zajmuję się w większości sama. Z pomocą filmów na youtube, książek, artykułów. Dziś mam wrażenie wykonałam ważny krok do przodu. Posłuchałam swoich emocji z wczesnego okresu dziecięcego. Wypłakałam je, wyżaliłam się (na głos, w zamkniętym aucie)… Może choć trochę zeszły. Pomagają mi bardzo medytacje takie, jak ta:

Wyobrażam sobie siebie jako niemowlę, dziecko, (ogólnie na etapie życia, gdy coś poszło nie tak), staram się je wewnętrznie przytulić, jednocześnie dopuszczając emocje, które się w tym dziecku pojawiają, aby je uwolnić.

U mnie, w moim wewnętrznym niemowlęciu, pojawiło się dziś dużo poczucia opuszczenia, lęku przez złością mamy i wołania: mamoooo! Aby ona przyszła i zaspokoiła moje potrzeby: czułości, miłości, ciepła. Aby do mnie mówiła, szeptała, rozmawiała, była łagodna.

Ale moje emocje z okresu wczesno-dziecięcego mówią mi, że tak nie było. Że często leżałam w łóżeczku i byłam pozostawiana sama sobie, do wypłakania się, a wszyscy dorośli byli zajęci wielce ważnymi sprawami, np. pracą, próbą przetrwania w biedzie. Moje emocje mówią mi, że bałam się agresji mamy, że jednocześnie bardzo jej potrzebowałam i bałam się. I była tylko wtedy, gdy naprawdę działo się coś bardzo złego, np. byłam chora. Że zawsze ślizgała się gdzieś po powierzchni, nie patrzyła mi w oczy, nie nawiązywała ze mną prawdziwej relacji. Jakbym była w jej życiu tylko kolejnym ciężarem, który trzeba utrzymać, a nie darem ani błogosławieństwem. A nie przyjacielem i kimś ważnym.

Jakże ciężko mi to odczarować teraz, gdy w mojej głowie toczy się walka, już nie o uwagę mamy, ale o uwagę i czułość od samej siebie. Przez lata dawałam sobie tylko to, czego się od niej nauczyłam. Nie słuchałam siebie, sygnałów ze swojego ciała. Dopiero na studiach zaczęłam się bardziej w siebie wsłuchiwać, gdy pojawiły się pierwsze dolegliwości nerwicowe. Moje wewnętrzne dziecko już nie krzyczy – ono wyje. Wyje o uwagę i odrobinę ciepła. Jest mi go cholernie żal. I chcę mu pomóc. Mogę to zrobić. Teraz mogę. Mogę dawać sobie to, czego nie otrzymałam. Ale potrzebuję też uznać stratę, że wtedy w określonym momencie życia nie dostałam tego, co było dla mnie tak cholernie ważne (wybaczcie język, piszę w emocjach). Że byłam traktowana jak dopust boży, jak natrętna mucha, od której trzeba się oganiać. A nie jak dziecko, które płacze, bo coś już bardzo potrzebuje. Płacz dziecka pewnie drażnił moją mamę, bo przypominał jej o własnym wewnętrznym dziecku, które również wyło z rozpaczy chowania się w zimnym domu.

Zimny chów. Nieraz, gdy kupuję jajka z wolnego wybiegu, myślę, że ta decyzja nie była przypadkowa, bo tak bardzo rani mnie myśl o więzionych zwierzętach, pozbawionych słońca, relacji ze sobą, przestrzeni. Ja chyba byłam taką klatkową kurą, trzymaną tylko dla korzyści, bo wymagano ode mnie wiele na polu naukowym, a potem zrobienia kariery itd. Nie udało się, wszystko runęło jak domek z kart. Może żeby mi uświadomić, że to nie były MOJE oczekiwania. Że ja z całej siły pragnęłam być kochanym dzieckiem. Nie docenianym za to, co robi. Ale kochanym bez względu na to, w jakim dole życiowym się znajduje.

child