List do wewnętrznego dziecka

Dzielę się cudownym znaleziskiem z internetu:

„OTWARTY LIST DO TWEGO WEWNĘTRZNEGO DZIECKA
Do dziecka, które nie mogło zrozumieć , że nikt go nie rozumiał.
Do dziecka, którego żaden dorosły nie złapał za rękę i nie powiedział mu „jesteś cudem”
Do dziecka, które wyrastało w królestwie „tego nie umiesz”
Do dziecka, które żyło w świecie „ nie wystarczy”
Do dziecka, które nie rozumiało dlaczego było bite rękami, słowami, ignorancją
Do dziecka, któremu skradziono niewinność
Do dziecka, któremu mówiono, że grzeszy, że jest złe i brzydkie
Do dziecka, które przeciwstawiało się autorytetom, które odkrywało kłamstwa wielkich ludzi
Do dziecka, które mimo wszystko nie przestawało kochać
Do dziecka, którego marzenia zostały zniszczone przez dorosłych, których marzenia też zniszczono
Do dziecka, które modliło się do księżyca i śpiewało do gwiazd aby nie zagubić się w ciemności
Do dziecko, które widziało Boga w świecącym mleczu i w listkach koniczyny
Do Miłości, którą jesteś i Ty i ja
Kocham Cię
Jesteś cudem
Twoje uczucia
Życie
Nadzieje i marzenia
One się liczą
Ktoś Cię zawiódł , ale Ty nie zawiedziesz
Ktoś spojrzał w Twoje oczy, zobaczył słońce i wystraszył się
Ktoś złamał Twoje serce, ale Twoja miłość pozostała
Ktoś zgubił swoje marzenia i myślał, że Ty je też zgubisz
Ale tak nie musi być
Ktoś powiedział Ci, że jesteś nie wystarczający
Ale Ty jesteś najdoskonalszą Boską Istotą
JESTEŚ KOCHANY”

Alison Nappi
Tłumaczenie: Elżbieta Jonscher

Znalezione obrazy dla zapytania horse and child

Clare Ahalt Photography

Powroty do przeszłości I

Przez ponad 10 lat pisałam dziennik. Od 2003 do 2016. Może nie dzień w dzień, z czasem coraz rzadziej, ale mam piękną dokumentację swojego życia na przestrzeni tych lat, choć to zaledwie wycinek. Lata nastoletnie (jestem rocznik 90.) to czas, do którego potrzebuję wrócić, aby pobyć z tą zagubioną dziewczyną, która szukała miłości, ale znajdowała tylko jej falsyfikaty. Bo sama nie umiała kochać…

Chcę wrócić do tych emocji, aby je uzdrowić. Zwłaszcza emocje dotyczące mojego ciała – byłam otyła i zanim schudłam, czułam się jak w więzieniu swojego ciała. Obecnie znów mam nadprogramowe kilogramy, może dlatego ten okres wraca do mnie we wspomnieniach. Jeszcze nagrałam do auta muzykę z tamtego czasu: ostre brzmienia Green Day, Linkin Park, The Rasmus… oraz łagodniejsze np. Wilków. I wspomnienia wracają. Te gorsze i te całkiem przyjemne, gdy czułam się królową swojego życia. Bo byłam wtedy na niezłej huśtawce, przypominającej borderline. Mam wspaniałe wspomnienia z czasu gimnazjum: zgrana klasa, ekscytujące pierwsze miłości, wartościowe znajomości przez internet, autorytety kilku wspaniałych nauczycielek, duże osiągnięcia szkolne… Ale jednocześnie: walka ze swoim ciałem, uzależnienie od gier komputerowych, chęć odcięcia od problemów rodzinnych i biedy, przerażająca samotność (odcięcie emocjonalne rodziców), powtarzające się odrzucenia ze strony osób, które „kochałam” i głodzenie się…

Gdy czytam swoje „wyrzygiwanie się emocjonalne” na kartki papieru, wiem, że to tylko wycinek, że to te najgorsze rzeczy, które ze mnie wyłaziły i nie znajdywały ujścia gdzieś indziej, dlatego były przelewane na papier. Ale właśnie na ich podstawie wyłania mi się obraz siebie i jakby z boku, z perspektywy dorosłej mnie, mogę spojrzeć na siebie z tamtego czasu obiektywnie i zauważyć coś, czego wtedy nie widziałam. A jest tego cholernie wiele, cholernie wiele trudnych spraw…Na przykład:

Osądzanie ludzi, przyklejanie im łatek – silny rys narcystyczny (wręcz rzucanie w ludzi obelgami na papierze). Udawanie obojętności, tłumienie uczuć i wypieranie – niszczenie siebie w ten sposób. Silne poczucie winy – na tle własnej seksualności i własnej osoby w ogóle – przy tym fanatyzm religijny połączony z silnym lękiem przed karą. Pracoholizm i perfekcjonizm szkolny (dużo piszę o stresie związanym ze szkołą, ocenami). Huśtawka uczuciowo-miłosna w kierunku kilku chłopaków na raz i uzależnianie swojego samopoczucia od tego, czy któryś przychylnie na mnie spojrzał.  Odcinanie się od swoich uczuć, zwłaszcza od smutku (bo nie był akceptowany w domu), pisanie bardziej o wydarzeniach. Ciągłe zwracanie uwagi na swoją wagę i „brzydotę”, traktowanie ich jako wymówkę, dlaczego nie mogę sobie nikogo znaleźć i nikt mnie nie chce, ale też ciągłe dołowanie się nimi, dokopywanie sobie. Ucieczka w wirtualne życie i znajomości (z jedną osobą potrafiłam mieć udaną relację przez gadu-gadu, a w realu mówić sobie tylko „cześć”, bo tak bardzo bałam się więcej). Szukanie sobie drugiej matki – tej od emocji (Gabrielo, pozdrawiam Cię jeśli to czytasz:))…

Pewnie znajdę jeszcze wiele i coraz bardziej mnie to przeraża, w jakiej patologii żyłam i jak sobie z tym musiałam radzić, jak wielki ciężar był na mojej głowie: presja by się wybić, odkuć finansowo (kładziona na mnie przez dorosłych oraz przez obserwowanie biedy). Z tego wszystkiego wyłania się jedno: wielki głód miłości. Takiej prawdziwej – nie zawłaszczającej, nie racjonalnej (bo trzeba z kimś być), ale takiej akceptującej i ciepłej. I niewymuszonej. Bardzo mi jej wtedy brakowało. Rodzice byli zapracowani, gonili za pieniądzem, którego wtedy nam brakowało, ale może nie aż tak mocno, jak tego czasu, by prawdziwie porozmawiać. W pewnym momencie te prawdziwe rozmowy ograniczały się do wybuchów (raz na jakiś czas) tłumionych we wszystkich emocji, a tego się bałam. Tego ogromu smutku, złości, który wychodził w rodziców w takich momentach. Na co dzień – nie rozmawialiśmy. Raczej pierdoliliśmy. O pierdołach. „Jak było w szkole? – Dobrze, dostałam szóstkę.” Koniec. Nie chcę tak więcej.

Obiecuję sobie patrzeć codziennie w lustro i mieć te 15 minut dziennie na rozmowę z sobą. Na wysłuchiwanie siebie, także tej Ani sprzed 15 lat, w której zionęła wielka czarna dziura – pustka braku miłości. Nawet, jeśli będzie to boleć. Nawet jeśli ogrom tych emocji chwilowo mnie przytłoczy. Nawet jeśli będę czuć wręcz fizyczny ból. Nie pozwolę sobie tłumić tego. Nigdy więcej.

Zostawiam Was z piosenką Hurtu, która chyba jest najlepszym podsumowaniem tego wpisu.

 

 

Tam, gdzie pojawia się ściana w terapii tradycyjnej, czyli ciąg dalszy o terapii wewnętrznego dziecka

29570959_985153204984417_335158238682112084_n

Obrazek dla atencji jest:) Oczywiście jeśli powyższych emocji jest zbyt dużo, też niedobrze – świadczy to o zaburzeniu – w przypadku tłumionych złości i smutku są to nerwice i depresje. Emocje są ok, jeśli mogą na bieżąco przez nas płynąć i tego się trzymam.

Dziś kilka moich luźnych przemyśleń w oparciu o własne doświadczenia terapii. Od 17 roku życia, gdy zapadłam na ciężką depresję, chodziłam do różnych terapeutów. Zwykle moje wizyty odbywały się na zasadzie poradnictwa bieżących spraw i zmiany zachowań (terapia poznawczo-behawioralna). Dały mi silny fundament pod zmianę, wiele dzięki nim wyciągnęłam… ale w 2016 roku przyszedł kolejny silny nawrót depresji i dał mi do myślenia: czy na pewno dotychczasowe terapie mi pomogły? Pewnie dzięki nim przetrwałam trudne momenty (szkoła, studia), nabrałam większego wglądu w siebie, ale… to było za mało. Wciąż wracały dawne schematy myślowe, głosy silnego wewnętrznego krytyka w mojej głowie: nie poradzisz sobie, jesteś do niczego, jesteś brzydka, gruba itd… Skąd tak negatywne myśli o sobie? Tak silne… Walka z nimi była jak walka z wiatrakami. W końcu przestałam walczyć, zaczęłam słuchać i akceptować. Dzięki temu, że dostałam się na terapię dzienną. Tam, poniekąd nie wiedząc jeszcze, że pracuję z wewnętrznym dzieckiem, zaczęłam z nim pracować. Odkrywać dawne, źle zagojone rany, aby zagoiły się prawidłowo. Wypłakiwać, wyzłościć się na to, z czym nikt nie pozwolił mi się wcześniej pogodzić, albo na co nie byłam sama gotowa. Pewnie wiele tego jeszcze we mnie tkwi, ale solidna psychoanaliza, połączona z relaksacją, medytacją i TRE oraz dawaniem sobie prawa do przeżywania emocji, także tych zakopanych dawno temu, była KROKIEM MILOWYM do mojego zdrowienia. Nie jest idealnie. Ale widzę ogromną różnicę w sobie, są momenty dłuższe niż sekundy, zdecydowanie dłuższe, że czuję się ze sobą lepiej. Czuję, że mam w sobie wsparcie, przyjaciela, matkę… Nieraz wręcz rozpiera mnie energia, nie wiem skąd, pewnie z kontaktu z moją własną duszą, która tam w głębi jest piękna i pełna miłości.

Tego momentu w terapii życzę Wam wszystkim. Droga do niego była długa i bolesna, ale warto było. Planuję oczywiście dalej pracować nad sobą, nie spoczywać na laurach. Mam na oku terapię, na którą jednak potrzebuję uzbierać trochę grosza. A póki co – pracuję. Nad jedną z najbardziej zaniedbanych w moim życiu sfer – sferą zawodową. I idzie mi coraz lepiej;)

Przesyłam uśmiech i medytację od Violi:

Leczenie wewnętrznego dziecka

Praca, którą zajmuję się w większości sama. Z pomocą filmów na youtube, książek, artykułów. Dziś mam wrażenie wykonałam ważny krok do przodu. Posłuchałam swoich emocji z wczesnego okresu dziecięcego. Wypłakałam je, wyżaliłam się (na głos, w zamkniętym aucie)… Może choć trochę zeszły. Pomagają mi bardzo medytacje takie, jak ta:

Wyobrażam sobie siebie jako niemowlę, dziecko, (ogólnie na etapie życia, gdy coś poszło nie tak), staram się je wewnętrznie przytulić, jednocześnie dopuszczając emocje, które się w tym dziecku pojawiają, aby je uwolnić.

U mnie, w moim wewnętrznym niemowlęciu, pojawiło się dziś dużo poczucia opuszczenia, lęku przez złością mamy i wołania: mamoooo! Aby ona przyszła i zaspokoiła moje potrzeby: czułości, miłości, ciepła. Aby do mnie mówiła, szeptała, rozmawiała, była łagodna.

Ale moje emocje z okresu wczesno-dziecięcego mówią mi, że tak nie było. Że często leżałam w łóżeczku i byłam pozostawiana sama sobie, do wypłakania się, a wszyscy dorośli byli zajęci wielce ważnymi sprawami, np. pracą, próbą przetrwania w biedzie. Moje emocje mówią mi, że bałam się agresji mamy, że jednocześnie bardzo jej potrzebowałam i bałam się. I była tylko wtedy, gdy naprawdę działo się coś bardzo złego, np. byłam chora. Że zawsze ślizgała się gdzieś po powierzchni, nie patrzyła mi w oczy, nie nawiązywała ze mną prawdziwej relacji. Jakbym była w jej życiu tylko kolejnym ciężarem, który trzeba utrzymać, a nie darem ani błogosławieństwem. A nie przyjacielem i kimś ważnym.

Jakże ciężko mi to odczarować teraz, gdy w mojej głowie toczy się walka, już nie o uwagę mamy, ale o uwagę i czułość od samej siebie. Przez lata dawałam sobie tylko to, czego się od niej nauczyłam. Nie słuchałam siebie, sygnałów ze swojego ciała. Dopiero na studiach zaczęłam się bardziej w siebie wsłuchiwać, gdy pojawiły się pierwsze dolegliwości nerwicowe. Moje wewnętrzne dziecko już nie krzyczy – ono wyje. Wyje o uwagę i odrobinę ciepła. Jest mi go cholernie żal. I chcę mu pomóc. Mogę to zrobić. Teraz mogę. Mogę dawać sobie to, czego nie otrzymałam. Ale potrzebuję też uznać stratę, że wtedy w określonym momencie życia nie dostałam tego, co było dla mnie tak cholernie ważne (wybaczcie język, piszę w emocjach). Że byłam traktowana jak dopust boży, jak natrętna mucha, od której trzeba się oganiać. A nie jak dziecko, które płacze, bo coś już bardzo potrzebuje. Płacz dziecka pewnie drażnił moją mamę, bo przypominał jej o własnym wewnętrznym dziecku, które również wyło z rozpaczy chowania się w zimnym domu.

Zimny chów. Nieraz, gdy kupuję jajka z wolnego wybiegu, myślę, że ta decyzja nie była przypadkowa, bo tak bardzo rani mnie myśl o więzionych zwierzętach, pozbawionych słońca, relacji ze sobą, przestrzeni. Ja chyba byłam taką klatkową kurą, trzymaną tylko dla korzyści, bo wymagano ode mnie wiele na polu naukowym, a potem zrobienia kariery itd. Nie udało się, wszystko runęło jak domek z kart. Może żeby mi uświadomić, że to nie były MOJE oczekiwania. Że ja z całej siły pragnęłam być kochanym dzieckiem. Nie docenianym za to, co robi. Ale kochanym bez względu na to, w jakim dole życiowym się znajduje.

child