Psychoterapia, zmiany, kościół, psychotropy…

I znów po długiej przerwie jestem.

Walczę. O każdy kolejny dzień, oddech, czucie.

Jestem w procesie zmian. Zdecydowałam się na długą psychoterapię u osoby, u której już terapię miałam, lecz przerwałam ze względu na pójście do pracy. Obecnie zdecydowałam, że terapia to priorytet. Nie mam stałej pracy, pracuję dorywczo i jako freelancer, ale jest to dla mnie o tyle korzystne, że mogę kontynuować psychoterapię i… w końcu zwolnić.

Zwolnić i zauważyć, że wcale nie zależy mi na kasie, karierze i pracy na etacie. To nie dla mnie. Dla mnie są szczęście, dobre samopoczucie, zdrowie, miłość i relacje, odpoczynek po długich latach katowania się pracą i mądra (nie wykańczająca) praca nad tym, co mogę robić.

W styczniu miałam potężny nawrót depresji. Spowodowany był zasadniczo dwiema kwestiami:

  1. Zawiodłam się na potencjalnym pracodawcy (dał mi znać, że chce mnie przyjąć, a gdy miałam już iść do pracy, wykręcał się przed pół miesiąca, a później straciłam z nim kontakt – po prostu potraktował mnie jak śmiecia (=poczucie odrzucenia), a ja miotałam się, bo nie wiedziałam, w jakiej sytuacji jestem)… w efekcie czego musiałam się przestawić myślowo na bycie freelancerem i porzucenie nadziei na etat oraz zaprzestanie szukania etatu.
  2. Dopadła mnie żałoba po dziecku po raz kolejny i lęk przed ciążą… zwłaszcza w obliczu zbliżającego się rozwiązania mojej bliskiej koleżanki.
  3. Byłam fizycznie wykończona długotrwałym zapaleniem jajników i organizm potrzebował regeneracji.

Poszłam po leki po raz kolejny, pewnie już ponad dziesiąty w historii mojej depresji. Zrozumiałam w końcu, po co są leki. Ratują życie, jak każde inne leki, gdy nasza choroba zajdzie za daleko, by organizm mógł sobie z nią sam poradzić. Okres przejściowy wchodzenia na leki był ciężki. Czułam się, jak zombie, czułam, że nie mogę płakać, co było dziwne po fontannie łez, które z siebie wylewałam wcześniej i napadach paniki. Później… stopniowo odzyskiwałam równowagę. I mogę już płakać, ale nie płaczę już tak wiele, bo nabrałam dystansu do powyższych spraw. Rozmawiam o nich na terapii, powoli przerabiam w głowie. Z leków zamierzam zejść do zera lub prawie do zera za jakiś miesiąc, bo czuję się już w miarę ok (2 miesiące brania leków psychotropowych za mną). I… planuję kolejną ciążę. Mam wrażenie, że w końcu ta ostatnia depresja pozwoliła mi w dużym stopniu pożegnać się z moim dzieckiem. Co nie znaczy, że nie ma Go w moim życiu. Bo wiem, że czuwa… Po prostu chyba poczułam w końcu w ciele, że to koniec, że nie urodzę go zdrowego, że Adaś odszedł i robi miejsce dla kolejnego dziecka…

Dzięki lekom i terapii oraz własnemu odpoczynkowi i odpuszczeniu tematu pracy – poczułam się silniejsza. Zaczęłam lepiej się odżywiać, więcej ćwiczyć (siłownia, joga, basen, spacery,…), ale też… byczyć się beztrosko oglądając seriale. Staram się równoważyć pracę i odpoczynek, co jest dla mnie jeszcze w fazie nauki, bo przeszłość równała się niekończącej się pracy z okresowymi zjazdami gdy organizm mówił dość i żądał okresu odpoczynku totalnie bez pracy. Obecnie dążę do tego, by każdego dnia mieć i jedno i drugie. By się nie zajechać. Ale też, by móc pracować, bo dzięki temu mam poczucie, że moja obecność tu jest sensowna i mogę komuś pomóc.

Jest jeszcze jedna kwestia – kościół. Jego znaczenie w moim życiu. Obecnie przechodzę duży kryzys światopoglądowy, nie chodzę do kościoła prawie w ogóle. Próbuję sobie poukładać w głowie, w co wierzę, a w co – już nie.

Nie wierzę coraz bardziej w instytucję, jaką jest kościół. Przestaję wierzyć w to, że określone religijne praktyki i wyuczone modlitwy są mi potrzebne do tego, by nie spłonąć w piekle. Przestaję wierzyć w to, że Bóg chce mnie ukarać (w a szkole jako dzieciak uczyłam się, że Bóg „za złe karze”). Przestaję wierzyć w to, że Bóg chce ukarać osoby homoseksualne i że one nie mają prawa bytu i miejsca na tym świecie, dopóki się nie zmienią. Chcę, aby były szczęśliwe w swoich związkach. I wierzę, że Bóg też chce ich szczęścia. I przez nich pokazuje nam, że dobro i zło nie są szablonowe. Wierzę wciąż, że aborcja i zabójstwo człowieka są bezwzględnym złem… I mam prawo w to wierzyć. Życie jest dla mnie święte. Nie wierzę już w bezkarność księży gwałcicieli dzieci. Nie wierzę, by celibat był potrzebny w kościele. Nie wierzę, że śpiewanie gorzkich żali mi pomoże, a wręcz – czuję, że mi szkodzi. Więc świadomie w nich nie uczestniczę. Nie wierzę, że Bóg nie może mnie zbawić poza kościołem. Jestem zmęczona listami „pasterskimi”, które wszędzie szukają zła poza… sobą i swoją nudą i zamkniętymi głowami. Wierzę, że kościół może mi pomóc, ale może być też narzędziem niesłużącym mi. I to jest ok. Wolę modlić się w ciszy, w samotności, niż we wspólnocie. Wolę modlić się, gdy nie czuję przymusu. Gdy nie czuję presji, ze stanie się coś złego, gdy się nie pomodlę (=nerwica natręctw).

Moje podejście do wiary i kościoła wciąż ewoluuje. Właściwie z wiarą nie mam problemów. Wiem, w co wierzę. W Boga, który jest nieskończoną miłością. Niestety wciąż mam wrażenie, że kościół mi w tej wierze przeszkadza. Że więcej w nim odcinania mnie od Jego miłości i że uczestnicząc w tym, co sobą obecnie reprezentuje, ja sama wspieram to odcinanie się. Nie chcę być głosem potępiającym homoseksualistów, osoby rozwiedzione czy bezdzietne. Nie chcę być głosem popierającym celibat, przenoszenie księży pedofili do innych parafii czy mówiącym, ze poza kościołem katolickim zbawienia nie ma. Dlatego sama jeszcze nie wiem, czy chcę uczestniczyć w kościele, tak jak do tej pory, czy zmienić formę wyznawania wiary na bardziej osobistą. Pokrzepił mnie tekst papieża Franciszka:

28795066_1495839323858263_5222793303573558484_n

 

Odstawianie wenlafaksyny

Witajcie Moi Drodzy, mam nadzieję, że dotarliście tu mimo zmiany domeny bloga.

Ostatnio przechodziłam trudny czas, dlatego nie pisałam. Od września przechodzę psychoterapię indywidualną, dużo ran na wierzchu, przyglądam się im, pozwalam odejść emocjom których już nie potrzebuję, niektóre muszę powtórnie do siebie dopuścić, przeżyć… Tak jakby cała przeszłość dobijała się do mnie mówiąc: w końcu musisz mnie przeżyć! Mam wiele błędnych przekonań o sobie, ludziach, świecie, które powolutku zmieniam i pewnie jeszcze trochę mi z tym zejdzie (np. przekonanie, że miarą dojrzałości jest ukrywanie swoich emocji:/)…

Pomaga mi trochę blog i youtube Magdaleny Szpilki. Warto tam zajrzeć, dużo dobrej treści o emocjach, ludzkiej psychice i leczeniu ran w relacjach, zwłaszcza dziecko-rodzic.

Odstawianie wenlafaksyny też nie poszło tak szybko, jakbym się spodziewała. Obecnie co drugi dzień biorę 12,5 g (usypane z większych kapsułek, po prostu podzieliłam dawkę). Robię to trochę na własną rękę, towarzyszy temu cierpienie (objawy odstawienne też), więcej tłumionych przez lata emocji wypływa na zewnątrz, dosłownie – w postaci łez. Ale stwierdziłam, że leki nie pomagają mi w psychoterapii. Blokują moje emocje, wyciszają. OK, może lepiej dzięki nim funkcjonuję w społeczeństwie (w pracy), ale nie rozwiązuję przez nie realnych problemów, nie mierzę się z emocjami, a jedynie je tłumię, co przez większość życia robiłam. Czas nauczyć się radzenia sobie z emocjami w inny sposób. Nieraz zalewam się łzami, wydaje mi się, że nie mam sił by unieść swoje życie… Ale to mija, rozładowuje się, życie toczy się dalej.

Poza tym decyzja o odstawieniu leków wiąże się u mnie, jak już pisałam, ze staraniem się o nowego członka rodziny… Ale to świeży temat.

Postaram się pisać tu częściej, gdy tylko dojdę do wartościowych treści, które sprawdzą się w praktyce. Pewnie przeredaguję też część starych postów. Na razie pozdrawiam, trzymajcie się!

24129955_537438319956802_7421770294230656467_n

 

 

Kilka refleksji na temat psychotropów

Dziś subiektywnie.

Bardzo. Jest 2 w nocy, siedzę i nie mogę spać. Odstawiam psychotropy.

Co spowodowało, że chcę odstawić? 1. Czuję się dobrze, na tyle, że radzę sobie z emocjami. 2. Chęć zostania mamą.

Przez 10 lat z przerwami brałam różne psychotropy: najczęściej fluoksetynę i sertalinę. Ale mój lekarz na początku tego roku, podczas terapii, zmienił fluoksetynę (SSRI) na wenlafaksynę (SNRI), lek ponoć skuteczniejszy. Owszem, pomógł mi stłumić emocje na terapii i przetrwać trudne chwile mogąc pracować i zarabiać. I to jest ok. Szkoda, że żaden lekarz do tej pory nie powiadomił mnie o efektach ubocznych odstawienia leków. A one są. I to niemałe. Podobno jedne z bardziej dokuczliwych przy wenlafaksynie.

Odstawiałam pomalutku. Pierwszy miesiąc połowa dawki, drugi – ćwierć dawki. I było ok. Pracowałam, odpoczywałam, brałam witaminy i omega-3 na mózg. Ale odstawiłam do zera w ubiegłym tygodniu. I zaczęły się „jazdy”. Na tyle, że dziś musiałam zwolnić się z pracy, bo miałam niemalże atak paniki.

Objawy które mi towarzyszą od jakichś 4 dni: silne zawroty głowy, bezsenność lub nadmierna senność (jak już zasnę, śpię jak zabita, choć sny mam wielce niepokojące), uczucie odrealnienia (jakie dziwne mam ręce… czemu akurat takie a nie inne?), „prądy” przechodzące wzdłuż twarzy, latająca powieka, trudności z koncentracją uwagi i ogarnięciem myśli, drętwienia twarzy i ust, nerwobóle w biodrach. Ogólnie: ostry kac. Razy trzy.

Wiele z tych objawów już znam – towarzyszyły mi w najcięższych chwilach depresji i nerwicy. Ale obecnie – czuję się nawet ok psychicznie, radzę sobie w pracy i życiu (mimo trudnej sytuacji finansowej…), więc ewidentnie nie jest to nawrót. Jedyne co mnie niepokoi to niemoc normalnego funkcjonowania przez te objawy.

Nie dałam dziś rady. Wzięłam 1/8 dawki. Po 3 godzinach – częściowe wyciszenie objawów odstawiennych. Wizytę mam za 2 tygodnie. Widocznie tempo schodzenia było za szybkie. Muszę jakoś funkcjonować. Mam tylko nadzieję, że mój organizm jeszcze pamięta, jak produkuje się serotoninę. Albo że na nowo się nauczy. W planie mam 1/8 dawki co 2 dni. A potem ponowną próbę odstawienia…

 

Piszę o tym dlatego, że jeszcze do niedawna byłam zwolennikiem psychotropów. Obecnie – widzę, jak szybko i jak wiele rzeczy w krótkim czasie zmieniło po prostu wypłakanie pewnych rzeczy na terapii. 10 lat psychotropów VS niecały rok terapii. Widzę ogromną różnicę na korzyść terapii. Jest tylko jeden problem: mamy za mało dobrych terapeutów, a jeśli już są – wyjeżdżają, bo w Polsce mają trudny byt. Na terapię czeka się długo i jest dostępna tylko w dużych miastach. Tymczasem widzę, jak bardzo jesteśmy chorzy jako społeczeństwo. Ilu z nas ma dolegliwości psychosomatyczne, a nawet nie wie, że to przez stres i nerwy. Leki pozwoliły mi przetrwać czas oczekiwania na znalezienie pomocy i samouzdrawianie terapią (samouzdrawianie, bo to praca nad sobą, terapeuta tylko towarzyszy i wskazuje kierunek). Leki mnie nie uzdrowiły.

 

Piszę też to po to, abyście mieli na uwadze, że pigułka nie jest w stanie uzdrowić was na każdym poziomie, a tym bardziej jeśli problem leży w sferze psychicznej czy duchowej. Czy zatem polecam psychotropy? I tak i nie. Pomagają przetrwać te chwile, w których nie mamy siły mierzyć się z naszymi „demonami”. Ale odkładają to w czasie – jeśli chcemy wyzdrowieć, prędzej czy później trzeba będzie się z nimi zmierzyć.

 

FB_IMG_1508481364269

PS. Nie namawiam tym wpisem nikogo do odstawienia leków. Jeśli są przepisane, widocznie potrzebujecie je brać. Ja sama brałam je wiele razy, aby przerwać błędne depresyjne koło. Tylko co z tego, jeśli wzmocniłam organizm lekami, jeśli wciąż miałam mechanizmy psychologiczne, które z powrotem mnie wpędzały w depresję? Właśnie z nimi potrzebujemy się uporać na terapii, aby nie powtarzać wykańczania się psychicznego i co za tym idzie – ciągłego powrotu do leków. Załóżmy, że często chorujesz na zatoki, ale jednocześnie nie zakładasz czapki w zimne, wietrzne dni. Nie jesteś świadomy tego, że to może być przyczyna częstego chorowania. Bierzesz leki na zatoki, pomagają, jest lepiej. Ale później znów nie nosisz czapki i sam sobie szkodzisz (nawet nieświadomie – bo może nie wiesz, że aby nie chorować na zatoki, potrzebujesz nosić czapkę na zimnie – jest to więc zachowanie bezwiedne, nieuświadomione). Podobnie jest z tym, co robimy podświadomie, by znów wpędzić się w depresję – narażamy się na toksyczne relacje, przepracowujemy, nie dbamy o swoje zdrowie fizyczne, otaczamy się samymi złymi wiadomościami, wypieramy lub tłumimy emocje itd. Na terapii po 1. uświadamiamy sobie szkodliwe dla nas schematy, po 2. pracujemy nad wytworzeniem zdrowych schematów, nawyków i przekonań, aby zminimalizować ryzyko ponownego wpadnięcia w depresyjny dołek.