Psychoterapia, zmiany, kościół, psychotropy…

I znów po długiej przerwie jestem.

Walczę. O każdy kolejny dzień, oddech, czucie.

Jestem w procesie zmian. Zdecydowałam się na długą psychoterapię u osoby, u której już terapię miałam, lecz przerwałam ze względu na pójście do pracy. Obecnie zdecydowałam, że terapia to priorytet. Nie mam stałej pracy, pracuję dorywczo i jako freelancer, ale jest to dla mnie o tyle korzystne, że mogę kontynuować psychoterapię i… w końcu zwolnić.

Zwolnić i zauważyć, że wcale nie zależy mi na kasie, karierze i pracy na etacie. To nie dla mnie. Dla mnie są szczęście, dobre samopoczucie, zdrowie, miłość i relacje, odpoczynek po długich latach katowania się pracą i mądra (nie wykańczająca) praca nad tym, co mogę robić.

W styczniu miałam potężny nawrót depresji. Spowodowany był zasadniczo dwiema kwestiami:

  1. Zawiodłam się na potencjalnym pracodawcy (dał mi znać, że chce mnie przyjąć, a gdy miałam już iść do pracy, wykręcał się przed pół miesiąca, a później straciłam z nim kontakt – po prostu potraktował mnie jak śmiecia (=poczucie odrzucenia), a ja miotałam się, bo nie wiedziałam, w jakiej sytuacji jestem)… w efekcie czego musiałam się przestawić myślowo na bycie freelancerem i porzucenie nadziei na etat oraz zaprzestanie szukania etatu.
  2. Dopadła mnie żałoba po dziecku po raz kolejny i lęk przed ciążą… zwłaszcza w obliczu zbliżającego się rozwiązania mojej bliskiej koleżanki.
  3. Byłam fizycznie wykończona długotrwałym zapaleniem jajników i organizm potrzebował regeneracji.

Poszłam po leki po raz kolejny, pewnie już ponad dziesiąty w historii mojej depresji. Zrozumiałam w końcu, po co są leki. Ratują życie, jak każde inne leki, gdy nasza choroba zajdzie za daleko, by organizm mógł sobie z nią sam poradzić. Okres przejściowy wchodzenia na leki był ciężki. Czułam się, jak zombie, czułam, że nie mogę płakać, co było dziwne po fontannie łez, które z siebie wylewałam wcześniej i napadach paniki. Później… stopniowo odzyskiwałam równowagę. I mogę już płakać, ale nie płaczę już tak wiele, bo nabrałam dystansu do powyższych spraw. Rozmawiam o nich na terapii, powoli przerabiam w głowie. Z leków zamierzam zejść do zera lub prawie do zera za jakiś miesiąc, bo czuję się już w miarę ok (2 miesiące brania leków psychotropowych za mną). I… planuję kolejną ciążę. Mam wrażenie, że w końcu ta ostatnia depresja pozwoliła mi w dużym stopniu pożegnać się z moim dzieckiem. Co nie znaczy, że nie ma Go w moim życiu. Bo wiem, że czuwa… Po prostu chyba poczułam w końcu w ciele, że to koniec, że nie urodzę go zdrowego, że Adaś odszedł i robi miejsce dla kolejnego dziecka…

Dzięki lekom i terapii oraz własnemu odpoczynkowi i odpuszczeniu tematu pracy – poczułam się silniejsza. Zaczęłam lepiej się odżywiać, więcej ćwiczyć (siłownia, joga, basen, spacery,…), ale też… byczyć się beztrosko oglądając seriale. Staram się równoważyć pracę i odpoczynek, co jest dla mnie jeszcze w fazie nauki, bo przeszłość równała się niekończącej się pracy z okresowymi zjazdami gdy organizm mówił dość i żądał okresu odpoczynku totalnie bez pracy. Obecnie dążę do tego, by każdego dnia mieć i jedno i drugie. By się nie zajechać. Ale też, by móc pracować, bo dzięki temu mam poczucie, że moja obecność tu jest sensowna i mogę komuś pomóc.

Jest jeszcze jedna kwestia – kościół. Jego znaczenie w moim życiu. Obecnie przechodzę duży kryzys światopoglądowy, nie chodzę do kościoła prawie w ogóle. Próbuję sobie poukładać w głowie, w co wierzę, a w co – już nie.

Nie wierzę coraz bardziej w instytucję, jaką jest kościół. Przestaję wierzyć w to, że określone religijne praktyki i wyuczone modlitwy są mi potrzebne do tego, by nie spłonąć w piekle. Przestaję wierzyć w to, że Bóg chce mnie ukarać (w a szkole jako dzieciak uczyłam się, że Bóg „za złe karze”). Przestaję wierzyć w to, że Bóg chce ukarać osoby homoseksualne i że one nie mają prawa bytu i miejsca na tym świecie, dopóki się nie zmienią. Chcę, aby były szczęśliwe w swoich związkach. I wierzę, że Bóg też chce ich szczęścia. I przez nich pokazuje nam, że dobro i zło nie są szablonowe. Wierzę wciąż, że aborcja i zabójstwo człowieka są bezwzględnym złem… I mam prawo w to wierzyć. Życie jest dla mnie święte. Nie wierzę już w bezkarność księży gwałcicieli dzieci. Nie wierzę, by celibat był potrzebny w kościele. Nie wierzę, że śpiewanie gorzkich żali mi pomoże, a wręcz – czuję, że mi szkodzi. Więc świadomie w nich nie uczestniczę. Nie wierzę, że Bóg nie może mnie zbawić poza kościołem. Jestem zmęczona listami „pasterskimi”, które wszędzie szukają zła poza… sobą i swoją nudą i zamkniętymi głowami. Wierzę, że kościół może mi pomóc, ale może być też narzędziem niesłużącym mi. I to jest ok. Wolę modlić się w ciszy, w samotności, niż we wspólnocie. Wolę modlić się, gdy nie czuję przymusu. Gdy nie czuję presji, ze stanie się coś złego, gdy się nie pomodlę (=nerwica natręctw).

Moje podejście do wiary i kościoła wciąż ewoluuje. Właściwie z wiarą nie mam problemów. Wiem, w co wierzę. W Boga, który jest nieskończoną miłością. Niestety wciąż mam wrażenie, że kościół mi w tej wierze przeszkadza. Że więcej w nim odcinania mnie od Jego miłości i że uczestnicząc w tym, co sobą obecnie reprezentuje, ja sama wspieram to odcinanie się. Nie chcę być głosem potępiającym homoseksualistów, osoby rozwiedzione czy bezdzietne. Nie chcę być głosem popierającym celibat, przenoszenie księży pedofili do innych parafii czy mówiącym, ze poza kościołem katolickim zbawienia nie ma. Dlatego sama jeszcze nie wiem, czy chcę uczestniczyć w kościele, tak jak do tej pory, czy zmienić formę wyznawania wiary na bardziej osobistą. Pokrzepił mnie tekst papieża Franciszka:

28795066_1495839323858263_5222793303573558484_n

 

Tam, gdzie pojawia się ściana w terapii tradycyjnej, czyli ciąg dalszy o terapii wewnętrznego dziecka

29570959_985153204984417_335158238682112084_n

Obrazek dla atencji jest:) Oczywiście jeśli powyższych emocji jest zbyt dużo, też niedobrze – świadczy to o zaburzeniu – w przypadku tłumionych złości i smutku są to nerwice i depresje. Emocje są ok, jeśli mogą na bieżąco przez nas płynąć i tego się trzymam.

Dziś kilka moich luźnych przemyśleń w oparciu o własne doświadczenia terapii. Od 17 roku życia, gdy zapadłam na ciężką depresję, chodziłam do różnych terapeutów. Zwykle moje wizyty odbywały się na zasadzie poradnictwa bieżących spraw i zmiany zachowań (terapia poznawczo-behawioralna). Dały mi silny fundament pod zmianę, wiele dzięki nim wyciągnęłam… ale w 2016 roku przyszedł kolejny silny nawrót depresji i dał mi do myślenia: czy na pewno dotychczasowe terapie mi pomogły? Pewnie dzięki nim przetrwałam trudne momenty (szkoła, studia), nabrałam większego wglądu w siebie, ale… to było za mało. Wciąż wracały dawne schematy myślowe, głosy silnego wewnętrznego krytyka w mojej głowie: nie poradzisz sobie, jesteś do niczego, jesteś brzydka, gruba itd… Skąd tak negatywne myśli o sobie? Tak silne… Walka z nimi była jak walka z wiatrakami. W końcu przestałam walczyć, zaczęłam słuchać i akceptować. Dzięki temu, że dostałam się na terapię dzienną. Tam, poniekąd nie wiedząc jeszcze, że pracuję z wewnętrznym dzieckiem, zaczęłam z nim pracować. Odkrywać dawne, źle zagojone rany, aby zagoiły się prawidłowo. Wypłakiwać, wyzłościć się na to, z czym nikt nie pozwolił mi się wcześniej pogodzić, albo na co nie byłam sama gotowa. Pewnie wiele tego jeszcze we mnie tkwi, ale solidna psychoanaliza, połączona z relaksacją, medytacją i TRE oraz dawaniem sobie prawa do przeżywania emocji, także tych zakopanych dawno temu, była KROKIEM MILOWYM do mojego zdrowienia. Nie jest idealnie. Ale widzę ogromną różnicę w sobie, są momenty dłuższe niż sekundy, zdecydowanie dłuższe, że czuję się ze sobą lepiej. Czuję, że mam w sobie wsparcie, przyjaciela, matkę… Nieraz wręcz rozpiera mnie energia, nie wiem skąd, pewnie z kontaktu z moją własną duszą, która tam w głębi jest piękna i pełna miłości.

Tego momentu w terapii życzę Wam wszystkim. Droga do niego była długa i bolesna, ale warto było. Planuję oczywiście dalej pracować nad sobą, nie spoczywać na laurach. Mam na oku terapię, na którą jednak potrzebuję uzbierać trochę grosza. A póki co – pracuję. Nad jedną z najbardziej zaniedbanych w moim życiu sfer – sferą zawodową. I idzie mi coraz lepiej;)

Przesyłam uśmiech i medytację od Violi:

Motywatory cz.4.

Chwilkę mnie nie było… Bo rozkręcam drugiego bloga. W temacie diety, zdrowego trybu życia, ale też psychodietetyki i psychologii;) Na razie w powijakach. Nie chciałabym też łączyć tych blogów ze sobą, więc może natkniecie się na niego gdzieś w eterze.

Póki co dawna motywatorów na jesienny chłodny dzień, aby trochę cieplej zrobiło się na serduchu. (Dziś też parę po prostu ładnych widoczków)30741106_2073066596308698_1194485659771863040_n27545209_570207876679846_6125082595615848972_n29541516_1609675812457383_5266067553430525522_n39257766_2121276374583803_3904838142145855488_n40041099_307857313103059_5665649621108523008_nFB_IMG_150721314619842898072_842657992598176_6775828835251257344_n

21314827_810748155771255_5184682077371594382_n

23905243_531128423921125_8459075086656416439_n

szach-mat-ateisci-szafszawan marokolungern szwajcaria

FB_IMG_1508425178176

Trzymajcie się ciepło i nie dajcie się depresji 😉

TRE – Trauma/Tension Releasing Excercises

Witajcie!

Dziś o metodzie, która bardzo pomaga mi wrócić do siebie. Wiemy już, jak bardzo emocje wiążą się z ciałem. Odniesione trudne wydarzenia i traumy mogą wręcz odbijać się w naszym ciele, powodując jego określony wygląd (np. zamkniętą klatkę piersiową, zgarbione plecy). Przez ciało nasze wewnętrzne dziecko może dawać nam znać, że coś jest nie tak w naszym życiu, albo że coś było nie tak i trzeba w końcu się tym zająć, przeżyć, opłakać, pogodzić się, zmienić destrukcyjny dla nas wzorzec zachowania. Psychika daje nam mnóstwo objawów somatycznych (np. zespół jelita drażliwego, wrzody, choroby serca). Nie mówię, że w 100% choroby są wynikiem odniesionych traum, ale na pewno na występowanie owych chorób duszone emocje mają duży wpływ. Emocje zamrożone w ciele. Niekiedy nawet pośredni wpływ, np. po traumie nieakceptacji ze strony rówieśników dziecko może zamknąć się w sobie dosłownie i w przenośni: np. zostawać więcej czasu w swoim pokoju, spędzać czas bezpiecznie przed monitorem i w związku z tym się garbić, co powoduje zamkniętą pozycję ciała, nawet wady i schorzenia kręgosłupa. Wszystko jest połączone…

A co, jeśli powiedziałabym Wam, że istnieje metoda, która pomaga pozbyć się napięcia, także tego zaszłego, zamrożonego w ciele, przez co wpływa na nasze emocje i samopoczucie? Bo taką metodą jest TRE.

Pierwszy raz usłyszałam o tej metodzie około roku temu na terapii. Okazało się, że w moim mieście wojewódzkim, gdzie terapię podejmowałam, jest terapeutka, która uczy, jak poprzez odpowiednie działanie z ciałem, dosłownie „wytrząść” z siebie emocje. I nie jest to żadna niesprawdzona metoda, bujda na całego, czy jakaś newage’owa propaganda. Jest to sprawdzona naukowo i skuteczna metoda, stosowana m.in. w krajach objętych konfliktami zbrojnymi, po zamachach, po traumatycznych wydarzeniach. I – co najważniejsze – działa.

Nauczyłam się tej metody. Sprawdziłam jej skutki na sobie. Mam za sobą na razie kilka sesji TRE, ale już widzę różnicę w swoim ciele. Zablokowane biodra zaczynają się otwierać, jakbym miała więcej miejsca w ciele. Traumatyczne wydarzenia, które miały miejsce w moim życiu, na każdym jego etapie, zostają tak jakby „odreagowane”  i już tak dotkliwie nie bolą wspomnienia o nich. Widzę postęp i jestem zdecydowana, aby ćwiczyć samej przynajmniej raz w tygodniu, a od czasu do czasu wracać do mojej terapeutki od TRE, aby motywacja i nawyk nie wygasły.

Na czym polegają te ćwiczenia? To prosta sekwencja ćwiczeń wykorzystujących głównie nogi i biodra, każdy jest w stanie ją zrobić. Następnie zmęczenie powstałe w czasie tych ćwiczeń wprawia nogi, biodra, nieraz całe ciało w drżenie neurogeniczne – naturalne np. dla zwierząt, które dosłownie „otrząsają się” z trudnych dla nich sytuacji, u nas ludzi niestety zapomniane i pogrzebane kulturowo (bo przecież nie wypada się trząść np. ze strachu). Możemy wykorzystać ten mechanizm w sposób kontrolowany w warunkach, które nam pasują (i w każdej chwili go przerwać, bowiem na początku może powodować poczucie dyskomfortu). Gdy się trzęsiemy, różne myśli przychodzą nam do głowy: mogą być związane z przeżytymi traumami, ale mogą być zupełnie niezwiązane z nimi. Ciało i tak wie, co chce odreagować i to robi – musimy tylko mu pozwolić.

Nie mówię, że jest to metoda na wszystko, a efektów nie widać od razu. Zdziwiłam się jednak, gdy po ostatniej rozmowie kwalifikacyjnej, nie zareagowałam jak wcześniej – nerwowym wybuchem płaczu. Wszystko było jakby spokojniejsze w mojej głowie, emocje znacznie słabsze i dające się okiełznać. Może to sprawa terapii, może TRE, a może obu naraz? Na pewno warto spróbować.

Podrzucam stronę TRE, na której możecie znaleźć terapeutę w swojej okolicy i zacząć działać ku zdrowszemu ciału i emocjom:

http://tre-trauma.pl/o-tre/

A także film – wykład o TRE:

Kilka słów o książce „Zdrowiej!” Dr’a Davida Servan-Schreibera

Książka reklamuje się na okładce jako: „Naturalne metody zwalczania depresji i stresu. Bez leków i psychoanalizy!” Postanowiłam przeczytać, zwłaszcza, że dostałam ją od… mamy (ciekawe, czy czytała;)).

Pozytywnie zaskoczyła mnie treść książki, oparta na długoletnim doświadczeniu autora jako psychiatry w leczeniu różnych osób. Opisuje ich przypadki, oraz jakie terapie na nie pomagały. W szczególności zainteresowała mnie metoda EMDR, o której czytałam pierwszy raz. Z tłumaczenia z języka angielskiego (eye movement desensitization and reprocessing) jest to odczulanie z zastosowaniem ruchu gałek ocznych oraz przeformułowanie negatywnych schematów poznawczych. W dużym skrócie: metoda ta pozwala na przerobienie w części umysłu odpowiedzialnej za emocje dużych traum i ich skutków np. objawów somatycznych lub psychicznych, które zwykle z tych traum się wzięły. Stosuje się ją jako metodę alternatywną, ale zyskującą coraz większe uznanie ze względu na skuteczność w leczeniu PTSD (zespołu stresu pourazowego). Wplata się ją w tradycyjną terapię poznawczą: polega na podążaniu ruchem gałek ocznych w lewo i prawo za spokojnym ale rytmicznym ruchem dłoni terapeuty, (coś jak za wahadłem hipnotyzera, własne skojarzenie:)), co pomaga pobudzić mózg emocjonalny (układ limbiczny w mózgu) do przetrawienia tych emocji i pozostawienia ich za sobą. Co ciekawe, im młodsza osoba, tym szybsze są efekty tej terapii.

Bardzo zaciekawił mnie naukowy wstęp do książki na temat właśnie części mózgu odpowiedzialnej za emocje (układ limbiczny) bo jest to część ściśle sprzężona z ciałem i nieraz działając na ciało właśnie (co zauważyłam w swojej wieloletniej praktyce sportowej) jesteśmy w stanie pobudzić lub wyciszyć określone emocje, odreagować je (np. bijąc w worek treningowy lub rozluźniając określone mięśnie na relaksacji). Tym bardziej utwierdza mnie to w przekonaniu, że jesteśmy jedną wielką całością: ciało i psychika przeplatają się, jedno ma ogromny wpływ na drugie: to, co jemy i robimy może generować określone emocje. Np. mięsień biodrowo-lędźwiowy często jest przykurczony u osób wykonujących pracę siedzącą (bardzo powszechną w dzisiejszych czasach), a jego napięcie może wpływać bardzo na poczucie rozdrażnienia i napięcia nerwowego – nieraz czujemy się źle po długotrwałym siedzeniu i nie wiemy dlaczego, czujemy potrzebę wstania i rozciągnięcia się. Zwierzęta rozciągają się odruchowo. My zapomnieliśmy o wielu swoich instynktach i słuchaniu swojego ciała.

Drugą metodą, która mnie zaciekawiła jest osiąganie stanu koherencji serca za pomocą wyciszenia się, spokojnego oddechu i przywołania pozytywnego uczucia – wdzięczności, radości, spokoju np. za pomocą wspomnienia. Zacytuję, jak osiągać ten pozytywny dla naszego serca stan, który przekłada się później na korzystne i harmonijne funkcjonowanie naszej fizjologii i emocji, pozwala uspokoić chaos w głowie i ciele:

„Podobnie jak w tradycji ćwiczeń jogi, w medytacji i wszystkich innych technikach relaksacyjnych, pierwszy etap ćwiczeń polega na skierowaniu uwagi ku swojemu wnętrzu. Gdy poddajemy się tej metodzie po raz pierwszy, musimy najpierw wyłączyć się ze świata zewnętrznego i zaakceptować konieczność odsunięcia na kilka minut wszelkich trosk i niepokojów. Należy przyjąć, że nasze kłopoty mogą zaczekać przez czas potrzebny sercu i mózgowi do odnalezienia równowagi i wzajemnej bliskości.

Najlepszym sposobem dojścia do takiego stanu jest powolne zaczerpnięcie dwóch głębokich oddechów. (…) W celu zmaksymalizowania efektu należy skupić całą uwagę na oddechu, aż do samego końca wydechu, potem na kilka chwil zrobić małą przerwę, zanim kolejny wdech sam z siebie nie wypłynie. Chodzi o to, aby dać się ponieść wydechowi aż do punktu, w którym naturalnie przeobraża się on w rodzaj spokoju i lekkości.

(…) Aby osiągnąć maksymalną koherencję serca, należy po 10-15 sekundach takiego stanu stabilizacji przenieść świadomie uwagę na punkt klatki piersiowej, w której znajduje się serce. W tym drugim etapie, najłatwiej jest wyobrazić sobie, że oddychamy przez serce. Kontynuując powolne i głębokie oddychanie (naturalnie bez przesadnego wysiłku) należy wyobrazić sobie, jak każdy kolejny wdech i każdy kolejny wydech przenikają tę ważną część ciała. Oczami wyobraźni śledzimy, w jaki sposób wdech dostarcza potrzebnego mu tlenu, a wydech pozwala pozbyć się wszystkich niepotrzebnych już pozostałości. (…)

Trzeci etap polega na włączeniu się w rodzące się w klatce piersiowej uczucie ciepła i odprężenia, a chronieniu go i wspomaganiu myślą i oddechem. Początkowo dostanie to jest zwykle nieśmiałe i bardzo dyskretnie daje o sobie znać. (…) Skuteczną metodą dodania mu (sercu) odwagi jest spontaniczne wywołanie uczucia aprobaty lub wdzięczności i pozwolenie, aby wypełniło cała pierś. Serce jest szczególnie wrażliwe na uczucie wdzięczności, na każde uczucie miłości, którym obdarzamy człowieka, zwierzę, przedmiot lub nawet wyobrażenie o życzliwości i pięknie otaczającego nas świata.

(…)

Owa koherencja rytmu serca znajduje natychmiast odbicie w mózgu emocjonalnym, dla którego oznacza, wprowadzając do w stan równowagi, że z punktu widzenia fizjologii panuje jak najlepszy porządek. Mózg emocjonalny odpowiada na tę informację utrwaleniem koherencji serca. To wzajemne napędzanie się stanowi magiczny krąg, dzięki którego przy odrobinie wprawy można utrzymać maksymalny stan koherencji przez trzydzieści minut, a nawet dłużej. Koherencja między sercem, a mózgiem emocjonalnym stabilizuje autonomiczny układ nerwowy – utrzymuje w stanie równowagi układy współczulny i przywspółczulny. Po osiągnięciu takiej równowagi znajdujemy się w optymalnej sytuacji, aby stawić czoło wszelkim ewentualnym zdarzeniom. Jesteśmy w stanie dotrzeć jednocześnie do mądrości mózgu emocjonalnego – do jego intuicji – oraz do funkcji refleksji i planowania mózgu kognitywnego, czyli do rozumowania abstrakcyjnego.”

Myślę, że te fragmenty wystarczą, aby wypróbować tą metodę choćby do okiełznania natarczywych myśli i niepokoju.

W pozostałej części książki autor pisze o znanych mi już wcześniej metodach na złagodzenie lęku, depresji, nieraz bardzo prostych i intuicyjnych, ale zapomnianych przez nas w ciągłym biegu. Są to:

  • akupunktura (nie próbowałam na sobie, więc nie wypowiem się, czy warto, czy nie, ale z przytoczonych badań i obserwacji autora – warto spróbować)
  • regulowanie zegara biologicznego przez higieniczny tryb życia (stałe pory wstawania, posiłków) oraz symulowanie naturalnego świtu (w postaci specjalnej lampki która stopniowo rano nas wybudza, przydatnej np. dla osób odczuwających depresję sezonową związaną z brakiem światła dziennego)
  • suplementacja kwasów omega-3 i zwiększenie ich podaży w diecie – co ma korzystny wpływ na pracę mózgu (przetestowałam na sobie – faktycznie czuję poprawę, ale dopiero po bardzo dużych dawkach, więc nie każdy suplement się tu nada)
  • codzienna, choćby krótka, aktywność fizyczna, najlepiej na świeżym powietrzu -> wydzielanie endorfin, które naturalnie poprawiają nasz nastrój
  • okazywanie miłości i czułości – po prostu każdy człowiek tego najbardziej potrzebuje, choćby miała to by być miłość zwierzęcia (udowodniony pozytywny wpływ zwierzęcia którym się opiekujemy na stan psychiczny)
  • komunikacja emocjonalna – pozbawiona toksyczności komunikacja ze światem: mówienie o swoich uczuciach, potrzebach, granicach, w sposób nie obrażający nikogo i dający przestrzeń – coś, czego trzeba się uczyć całe życie, zwłaszcza jeśli doświadczyliśmy toksycznych relacji,
  • okazywanie empatii – słuchanie sercem
  • zaangażowanie się w szczytne działanie np. wolontariat, działanie na rzecz jakiejś społeczności, co powoduje u nas poczucie, że nie jesteśmy sami i należymy do grupy, mamy też wyższy cel i misję do spełnienia – karmi to nasze poczucie bycia ważnym.

Zachęcam do przeczytania całej książki. Ja na pewno nie raz do niej jeszcze wrócę w drodze do siebie. Pozdrawiam:)

zdrowiej-pokonaj-lek-stres-i-depresje-w-iext35239304

Leczenie wewnętrznego dziecka

Praca, którą zajmuję się w większości sama. Z pomocą filmów na youtube, książek, artykułów. Dziś mam wrażenie wykonałam ważny krok do przodu. Posłuchałam swoich emocji z wczesnego okresu dziecięcego. Wypłakałam je, wyżaliłam się (na głos, w zamkniętym aucie)… Może choć trochę zeszły. Pomagają mi bardzo medytacje takie, jak ta:

Wyobrażam sobie siebie jako niemowlę, dziecko, (ogólnie na etapie życia, gdy coś poszło nie tak), staram się je wewnętrznie przytulić, jednocześnie dopuszczając emocje, które się w tym dziecku pojawiają, aby je uwolnić.

U mnie, w moim wewnętrznym niemowlęciu, pojawiło się dziś dużo poczucia opuszczenia, lęku przez złością mamy i wołania: mamoooo! Aby ona przyszła i zaspokoiła moje potrzeby: czułości, miłości, ciepła. Aby do mnie mówiła, szeptała, rozmawiała, była łagodna.

Ale moje emocje z okresu wczesno-dziecięcego mówią mi, że tak nie było. Że często leżałam w łóżeczku i byłam pozostawiana sama sobie, do wypłakania się, a wszyscy dorośli byli zajęci wielce ważnymi sprawami, np. pracą, próbą przetrwania w biedzie. Moje emocje mówią mi, że bałam się agresji mamy, że jednocześnie bardzo jej potrzebowałam i bałam się. I była tylko wtedy, gdy naprawdę działo się coś bardzo złego, np. byłam chora. Że zawsze ślizgała się gdzieś po powierzchni, nie patrzyła mi w oczy, nie nawiązywała ze mną prawdziwej relacji. Jakbym była w jej życiu tylko kolejnym ciężarem, który trzeba utrzymać, a nie darem ani błogosławieństwem. A nie przyjacielem i kimś ważnym.

Jakże ciężko mi to odczarować teraz, gdy w mojej głowie toczy się walka, już nie o uwagę mamy, ale o uwagę i czułość od samej siebie. Przez lata dawałam sobie tylko to, czego się od niej nauczyłam. Nie słuchałam siebie, sygnałów ze swojego ciała. Dopiero na studiach zaczęłam się bardziej w siebie wsłuchiwać, gdy pojawiły się pierwsze dolegliwości nerwicowe. Moje wewnętrzne dziecko już nie krzyczy – ono wyje. Wyje o uwagę i odrobinę ciepła. Jest mi go cholernie żal. I chcę mu pomóc. Mogę to zrobić. Teraz mogę. Mogę dawać sobie to, czego nie otrzymałam. Ale potrzebuję też uznać stratę, że wtedy w określonym momencie życia nie dostałam tego, co było dla mnie tak cholernie ważne (wybaczcie język, piszę w emocjach). Że byłam traktowana jak dopust boży, jak natrętna mucha, od której trzeba się oganiać. A nie jak dziecko, które płacze, bo coś już bardzo potrzebuje. Płacz dziecka pewnie drażnił moją mamę, bo przypominał jej o własnym wewnętrznym dziecku, które również wyło z rozpaczy chowania się w zimnym domu.

Zimny chów. Nieraz, gdy kupuję jajka z wolnego wybiegu, myślę, że ta decyzja nie była przypadkowa, bo tak bardzo rani mnie myśl o więzionych zwierzętach, pozbawionych słońca, relacji ze sobą, przestrzeni. Ja chyba byłam taką klatkową kurą, trzymaną tylko dla korzyści, bo wymagano ode mnie wiele na polu naukowym, a potem zrobienia kariery itd. Nie udało się, wszystko runęło jak domek z kart. Może żeby mi uświadomić, że to nie były MOJE oczekiwania. Że ja z całej siły pragnęłam być kochanym dzieckiem. Nie docenianym za to, co robi. Ale kochanym bez względu na to, w jakim dole życiowym się znajduje.

child

Kto mi pomaga wrócić do siebie

Hej! Dzisiaj chciałabym podrzucić Wam kilka namiarów na dobre terapeutyczne treści w internecie. Mogą być one uzupełnieniem terapii, albo, gdy nie macie możliwości podjąć terapii, mogą Wam pomóc w autoterapii. Dziękuję Bogu za wszystkie te osoby, które podejmują tak trudne tematy, zwłaszcza, że ich podejście jest nowatorskie i nieraz wyprzedzające tradycyjne terapie, a jednak – to działa. I działa do głębi. Powrót do wewnętrznego dziecka, relacje z narcystycznymi osobami, przemoc w dzieciństwie, dda, ddd, zespół stresu pourazowego, traumy,… to tylko część tematów, z którymi mierzą się dane osoby. Warto ich posłuchać, odnieść do swojego życia przez autorefleksję, a potrafi to naprawdę uczynić przełom w myśleniu.

  1. Fenix z popiołów – Viola

https://www.facebook.com/Fenix-Z-Popio%C5%82%C3%B3w-211354199604073/

O mnie

https://www.youtube.com/channel/UC6_Ccw3aVSYZseBKAGkLj5w

Viola podejmuje tematy związane głównie z toksycznymi relacjami i narcyzmem, ale nie tylko. Prowadzi grupę wsparcia na FB „Wolni od toksycznych relacji”. Ma dar opowiadania konkretnie i z pasją o powrocie do siebie.

2. Magdalena Szpilka

https://www.facebook.com/Magdalena.Szpilka/

https://magdalenaszpilka.com/

https://www.youtube.com/user/MagdalenaSzpilka

W ciepły i przyjazny sposób opowiada o toksycznych związkach, traumach z dzieciństwa, kontakcie z wewnętrznym dzieckiem, zdrowym wychowywaniu dzieci, emocjach.

3. Wilczycą być – Justyna Czekaj

https://www.facebook.com/wilczycabyc/

https://wilczycabyc.com/

https://www.youtube.com/channel/UCbJvgiMARJEV0g_fHiqUG1g

Ogromne źródło wiedzy o emocjach, wychodzeniu z traum, stresie pourazowym, toksycznym dzieciństwie, leczeniu matczynej rany.

4. Kasia Sawicka

https://www.youtube.com/channel/UC4FfcWV91rhP00dur0XiZzg

Wideoblog o wychowywaniu dzieci, toksycznych relacjach, relacjach z samym sobą, ogromne źródło wiedzy psychologicznej.

5. Świadome życie! Odkryj i pokochaj Siebie

https://www.facebook.com/madziowypl/

http://madziowy.pl/

https://www.youtube.com/channel/UCoyJL2is3uGkvePJ76RFwiA

Źródło cennych dochodzeniu do siebie, kontakcie z wewnętrznym dzieckiem, dda, ddd.

6. Hania Es

https://www.youtube.com/channel/UCFy7ma1sBS3OrrPUemKVrSw

Młoda studentka psychologii która na własnej skórze doświadczyła problemu z depresją. Nieco ekscentrycznie, ale z energią i sercem opowiada o zagadnieniach związanych ze zdrowiem psychicznym.

 

Na większości powyższych stron istnieje możliwość kontaktu na zasadzie rozmów na skype w celach terapeutycznych. Strony te prowadzą też głównie osoby, które same w swoim życiu uporały się z traumami z dzieciństwa i pomagają w tym innym. Polecam gorąco!

worthy

 

Wilki dwa

wilkidwa

Ostatnio moje samopoczucie kojarzy mi się z walką tych dwóch wilków w sobie. Moja podświadomość tworzona przez młodzieńcze lata zapisała sobie kilka „prawd”, które mi nie służą, które sabotują moją drogę do szczęścia, a jednak zostały we mnie zapisane przez rodziców, rówieśników, społeczeństwo… Oto kilka tych „prawd”:

  • Nie znaczę wiele, gdy nie robię nic, gdy jestem chora czy smutna – jestem wartościowa, tylko wtedy gdy robię coś pożytecznego dla innych (pracuję, zarabiam, sprzątam… wstaw tu resztę) i tryskam entuzjazmem i radością.
  • Ocena innych definiuje mnie: gdy ktoś mnie odrzuca, ocenia negatywnie, to znaczy, że taka jestem i zasługuję na to, co złe, na to, czego ten ktoś mi życzy, na wykluczenie i samotność.
  • Mam czuć się winna za emocje takie jak smutek, złość, poczucie krzywdy, słabość, żałoba, bo one nie są potrzebne i nikt mnie nie będzie lubił jeśli będę je okazywać.
  • Bóg karze mnie za „złe emocje”, gdy je przeżywam to przyciągam do swojego życia zło.
  • Emocje są dla mnie tak obezwładniające, że kierują moim życiem.

Drugi wilk, moja świadomość, wykształcona później, broni mnie i usprawiedliwia, otacza troską i miłosierdziem, jest w nim coś z dobrego ojca, który chroni i mówi:

  • Mam prawo czuć się źle i wyrażać to w bezpieczny dla innych i siebie sposób, mam prawo przeżyć smutek, żałobę, czuć niepokój, ale też mam prawo nie pozwolić by te emocje mnie definiowały i władały moim życiem, moimi decyzjami.
  • Bóg nie chce dla mnie zła, chce mnie ocalić, to zło na tym świecie, które rodzi się w ludzkich duszach, powoduje lawinę złych zdarzeń.
  • Jestem dobrym człowiekiem, nawet jeśli pozwalam sobie czuć trudne emocje, bo przeżycie ich, a nie spychanie do podświadomości, mnie wzmacnia i czyni kimś ludzkim z całym doświadczeniem mojego człowieczeństwa.
  • Jestem ważna i wartościowa w każdej chwili mojego życia, mam prawo odpuścić, gdy nie czuję się dobrze; mam prawo walczyć o siebie, o lepsze jutro, mam prawo dać się zaopiekować komuś innemu, nie muszę być ze stali, mogę przyjąć pomoc.
  • Nikt nie ma prawa decydować o mojej wartości. Nawet jeśli mnie traktuje źle i odrzuca. To ja decyduję o tym, jaka jest moja wartość.
  • To ja odpowiadam za moje życie, nie moje emocje.

Jest taka pokusa, aby ten mroczny wilk nie miał w ogóle głosu, ale może potrzebuję go czasem do głosu dopuścić, tylko po to, by zauważyć, jak bardzo potrafi kierować moim życiem i by zmienić to, co mówi w to, co ja chcę powiedzieć sobie. Oby to karmienie dobrego wilka go wzmocniło. I na tym polega chyba życie: aby doprowadzić do stanu równowagi między nimi (równowaga nie oznacza tu równości). Czasem z mojej inżynierskiej przeszłości wyłania się pojęcie złotego podziału.

złoty podzial

Złoty podział pojawia się w wielu dziełach sztuki i architektury, a także naturalnie w przyrodzie i definiuje rzeczy, które nam instynktownie wydają się piękne i harmonijne, zrównoważone. Może właśnie o taką równowagę mi chodzi. Ten biały wilk przeważa, ale z czarnym tworzą piękną całość i harmonię.

Potwór w mojej głowie

Kiedy depresja
rozlewa się piekłem
na całe moje życie
trzymam się uparcie
kociej sierści
dłoni najdroższego
woni świeżego poranka na wsi
jakiejś starej piosenki o dobrym tekście
ciężaru sztangi
zieleni drzew mijanych na rowerze
malowania paznokci by nie myśleć
oddechu jeszcze jednego
spojrzenia obcej bliskiej osoby
myśli że moje dziecko by nie chciało
bym się poddała
jak zrzucić ten ciężar z gardła
jak rozluźnić sterane ciało
jak ruszyć do przodu choć wiary brak
czy ktoś jeszcze
obok
wokół
we mnie
chce – bym żyła…?

UlicznyGrajek

 

Odstawianie wenlafaksyny

Witajcie Moi Drodzy, mam nadzieję, że dotarliście tu mimo zmiany domeny bloga.

Ostatnio przechodziłam trudny czas, dlatego nie pisałam. Od września przechodzę psychoterapię indywidualną, dużo ran na wierzchu, przyglądam się im, pozwalam odejść emocjom których już nie potrzebuję, niektóre muszę powtórnie do siebie dopuścić, przeżyć… Tak jakby cała przeszłość dobijała się do mnie mówiąc: w końcu musisz mnie przeżyć! Mam wiele błędnych przekonań o sobie, ludziach, świecie, które powolutku zmieniam i pewnie jeszcze trochę mi z tym zejdzie (np. przekonanie, że miarą dojrzałości jest ukrywanie swoich emocji:/)…

Pomaga mi trochę blog i youtube Magdaleny Szpilki. Warto tam zajrzeć, dużo dobrej treści o emocjach, ludzkiej psychice i leczeniu ran w relacjach, zwłaszcza dziecko-rodzic.

Odstawianie wenlafaksyny też nie poszło tak szybko, jakbym się spodziewała. Obecnie co drugi dzień biorę 12,5 g (usypane z większych kapsułek, po prostu podzieliłam dawkę). Robię to trochę na własną rękę, towarzyszy temu cierpienie (objawy odstawienne też), więcej tłumionych przez lata emocji wypływa na zewnątrz, dosłownie – w postaci łez. Ale stwierdziłam, że leki nie pomagają mi w psychoterapii. Blokują moje emocje, wyciszają. OK, może lepiej dzięki nim funkcjonuję w społeczeństwie (w pracy), ale nie rozwiązuję przez nie realnych problemów, nie mierzę się z emocjami, a jedynie je tłumię, co przez większość życia robiłam. Czas nauczyć się radzenia sobie z emocjami w inny sposób. Nieraz zalewam się łzami, wydaje mi się, że nie mam sił by unieść swoje życie… Ale to mija, rozładowuje się, życie toczy się dalej.

Poza tym decyzja o odstawieniu leków wiąże się u mnie, jak już pisałam, ze staraniem się o nowego członka rodziny… Ale to świeży temat.

Postaram się pisać tu częściej, gdy tylko dojdę do wartościowych treści, które sprawdzą się w praktyce. Pewnie przeredaguję też część starych postów. Na razie pozdrawiam, trzymajcie się!

24129955_537438319956802_7421770294230656467_n