Akceptacja – nie negacja

Od kilku dni myślę, aby napisać coś na temat akceptacji. Już nie chodzi tylko o akceptację siebie (co ważne), ale też akceptację danego stanu, choroby, ułomności w sobie. Doświadczyłam tego bardzo dobrze przy próbie pozbycia się dodatkowych kilogramów. Dopóki patrzyłam w lustro i mówiłam sobie w środku: nie chcę taka być, chcę być szczupła/ładna/bez tych boczków itd. … jakoś to nie działało. Powodowało tylko większy ból, niechęć do siebie (bo neguję jakąś część siebie), niechęć do działania i paraliż, w rezultacie czego łatwiej zajadałam ten stres, poddawałam się złym myślom, że nie uda mi się być szczupłą.

W momencie, kiedy stanęłam w prawdzie przed sobą: „tak, mam dodatkowe kilogramy i jestem w stanie podjąć konkretne działania aby je powoli zniwelować, ale generalnie to lubię siebie i podobam się sobie taka jaka jestem i te kilogramy nie odejmują mi ani grama pewności siebie ani samoakceptacji, po prostu są i mogę podjąć ćwiczenia i lepiej się odżywiać dla zdrowia…” … w tym momencie dokonałam akceptacji obecnego stanu rzeczy. I pewnego przeniesienia. Bo przestało chodzić o wygląd (z tą całą otoczką presji współczesnego świata na idealny wygląd), a zaczęło chodzić o zdrowie i poczucie lekkości w ciele (nieobce mi, bo wiele razy ważyłam już mniej). Zaczęło chodzić o to, aby poprawić jakość swojego życia, a nie o to, aby wypominać sobie błędy. Przecież nie wezmę noża, nie odetnę sobie tłuszczu z brzucha już teraz. To powolny proces, aby schudnąć. Przestało chodzić o to, aby się oskarżyć i ukarać, a zaczęło o to, aby sobie przebaczyć i pójść dalej. To jest ta różnica. I nieraz naprawdę potrzebuję się skupić, aby ją wydobyć. Ale efekty już są. Dieta nie męczy, a syci bo jest pełna witamin, ćwiczenia nie męczą, a są odprężeniem, bo wybieram aktywność jaką lubię i gdy ćwiczę nie myślę o rywalizacji, tylko o tym, że to jest czas dla mnie, czas odpoczynku dla skołotanych nerwów i robienia czegoś dobrego DLA SIEBIE.

Myślę, że o to chodzi w większości problemów, z którymi się spotykamy. Aby nie klapnąć na kanapie i narzekać, jak jest źle i podle, jak ja nie lubię tej części siebie, ale o to, aby przyznać: tak, taka jestem i mogę coś z tym zrobić, jeśli mi to przeszkadza w życiu. Skierowanie uwagi na działanie i jednocześnie akceptację danego stanu rzeczy (jaki by on nie był: np. mam depresję – tak, mam, ale mnóstwo ludzi wychodzi z depresji, jest wiele książek, poradników, są ludzie którzy są w stanie mi pomóc, nie jestem sama, mam siebie, mam innych, zawsze jest wyjście, nawet jeśli nieidealne, ale jest).

Ważne jest aby zauważyć, że nie będzie idealnie. Nawet jeśli schudnę, nie będę mieć ciała modelki. Mam szerokie kości, wadę kręgosłupa, coś co pozostanie, bo zostało nabyte dawno temu, bo jest moje. Bo wzięło się z zaniedbań mojego ciała, gdy byłam jeszcze zbyt mała, by o sobie w pełni decydować. Ale to też mogę przebaczyć. Mogę ubierać się tak, aby mnie to nie krępowało. Mogę podkreślać swoje dobre strony: ładne oczy i dłonie, mogę dbać o prostą sylwetkę przez ćwiczenia i dobre nawyki… Mogę przykryć to szczerym uśmiechem i entuzjazmem. Iluż znamy ludzi, którzy nie są „piękni” fizycznie (wg kanonów współczesnych) ale mają w sobie to coś, ten błysk w oku, ten dowcip, coś pozytywnego, czym zarażają innych…? I właśnie do tego chcę dążyć. Godzić się z tym, że ciało to nie wszystko, to nie cała ja. Że ciało zestarzeje się, nabierze blizn, których nie da się nieraz usunąć, ale tam w środku dalej mogę być piękna.

I tego wam życzę, przy zmaganiu się z każdym problemem. Odnalezienia piękna w sobie i miłości do siebie, które będą większe, niż ten problem i pozwolą powolutku się z nim mierzyć.

16143033_430682243930610_4413786515306214424_n

Reklamy