Kilka słów o książce „Zdrowiej!” Dr’a Davida Servan-Schreibera

Książka reklamuje się na okładce jako: „Naturalne metody zwalczania depresji i stresu. Bez leków i psychoanalizy!” Postanowiłam przeczytać, zwłaszcza, że dostałam ją od… mamy (ciekawe, czy czytała;)).

Pozytywnie zaskoczyła mnie treść książki, oparta na długoletnim doświadczeniu autora jako psychiatry w leczeniu różnych osób. Opisuje ich przypadki, oraz jakie terapie na nie pomagały. W szczególności zainteresowała mnie metoda EMDR, o której czytałam pierwszy raz. Z tłumaczenia z języka angielskiego (eye movement desensitization and reprocessing) jest to odczulanie z zastosowaniem ruchu gałek ocznych oraz przeformułowanie negatywnych schematów poznawczych. W dużym skrócie: metoda ta pozwala na przerobienie w części umysłu odpowiedzialnej za emocje dużych traum i ich skutków np. objawów somatycznych lub psychicznych, które zwykle z tych traum się wzięły. Stosuje się ją jako metodę alternatywną, ale zyskującą coraz większe uznanie ze względu na skuteczność w leczeniu PTSD (zespołu stresu pourazowego). Wplata się ją w tradycyjną terapię poznawczą: polega na podążaniu ruchem gałek ocznych w lewo i prawo za spokojnym ale rytmicznym ruchem dłoni terapeuty, (coś jak za wahadłem hipnotyzera, własne skojarzenie:)), co pomaga pobudzić mózg emocjonalny (układ limbiczny w mózgu) do przetrawienia tych emocji i pozostawienia ich za sobą. Co ciekawe, im młodsza osoba, tym szybsze są efekty tej terapii.

Bardzo zaciekawił mnie naukowy wstęp do książki na temat właśnie części mózgu odpowiedzialnej za emocje (układ limbiczny) bo jest to część ściśle sprzężona z ciałem i nieraz działając na ciało właśnie (co zauważyłam w swojej wieloletniej praktyce sportowej) jesteśmy w stanie pobudzić lub wyciszyć określone emocje, odreagować je (np. bijąc w worek treningowy lub rozluźniając określone mięśnie na relaksacji). Tym bardziej utwierdza mnie to w przekonaniu, że jesteśmy jedną wielką całością: ciało i psychika przeplatają się, jedno ma ogromny wpływ na drugie: to, co jemy i robimy może generować określone emocje. Np. mięsień biodrowo-lędźwiowy często jest przykurczony u osób wykonujących pracę siedzącą (bardzo powszechną w dzisiejszych czasach), a jego napięcie może wpływać bardzo na poczucie rozdrażnienia i napięcia nerwowego – nieraz czujemy się źle po długotrwałym siedzeniu i nie wiemy dlaczego, czujemy potrzebę wstania i rozciągnięcia się. Zwierzęta rozciągają się odruchowo. My zapomnieliśmy o wielu swoich instynktach i słuchaniu swojego ciała.

Drugą metodą, która mnie zaciekawiła jest osiąganie stanu koherencji serca za pomocą wyciszenia się, spokojnego oddechu i przywołania pozytywnego uczucia – wdzięczności, radości, spokoju np. za pomocą wspomnienia. Zacytuję, jak osiągać ten pozytywny dla naszego serca stan, który przekłada się później na korzystne i harmonijne funkcjonowanie naszej fizjologii i emocji, pozwala uspokoić chaos w głowie i ciele:

„Podobnie jak w tradycji ćwiczeń jogi, w medytacji i wszystkich innych technikach relaksacyjnych, pierwszy etap ćwiczeń polega na skierowaniu uwagi ku swojemu wnętrzu. Gdy poddajemy się tej metodzie po raz pierwszy, musimy najpierw wyłączyć się ze świata zewnętrznego i zaakceptować konieczność odsunięcia na kilka minut wszelkich trosk i niepokojów. Należy przyjąć, że nasze kłopoty mogą zaczekać przez czas potrzebny sercu i mózgowi do odnalezienia równowagi i wzajemnej bliskości.

Najlepszym sposobem dojścia do takiego stanu jest powolne zaczerpnięcie dwóch głębokich oddechów. (…) W celu zmaksymalizowania efektu należy skupić całą uwagę na oddechu, aż do samego końca wydechu, potem na kilka chwil zrobić małą przerwę, zanim kolejny wdech sam z siebie nie wypłynie. Chodzi o to, aby dać się ponieść wydechowi aż do punktu, w którym naturalnie przeobraża się on w rodzaj spokoju i lekkości.

(…) Aby osiągnąć maksymalną koherencję serca, należy po 10-15 sekundach takiego stanu stabilizacji przenieść świadomie uwagę na punkt klatki piersiowej, w której znajduje się serce. W tym drugim etapie, najłatwiej jest wyobrazić sobie, że oddychamy przez serce. Kontynuując powolne i głębokie oddychanie (naturalnie bez przesadnego wysiłku) należy wyobrazić sobie, jak każdy kolejny wdech i każdy kolejny wydech przenikają tę ważną część ciała. Oczami wyobraźni śledzimy, w jaki sposób wdech dostarcza potrzebnego mu tlenu, a wydech pozwala pozbyć się wszystkich niepotrzebnych już pozostałości. (…)

Trzeci etap polega na włączeniu się w rodzące się w klatce piersiowej uczucie ciepła i odprężenia, a chronieniu go i wspomaganiu myślą i oddechem. Początkowo dostanie to jest zwykle nieśmiałe i bardzo dyskretnie daje o sobie znać. (…) Skuteczną metodą dodania mu (sercu) odwagi jest spontaniczne wywołanie uczucia aprobaty lub wdzięczności i pozwolenie, aby wypełniło cała pierś. Serce jest szczególnie wrażliwe na uczucie wdzięczności, na każde uczucie miłości, którym obdarzamy człowieka, zwierzę, przedmiot lub nawet wyobrażenie o życzliwości i pięknie otaczającego nas świata.

(…)

Owa koherencja rytmu serca znajduje natychmiast odbicie w mózgu emocjonalnym, dla którego oznacza, wprowadzając do w stan równowagi, że z punktu widzenia fizjologii panuje jak najlepszy porządek. Mózg emocjonalny odpowiada na tę informację utrwaleniem koherencji serca. To wzajemne napędzanie się stanowi magiczny krąg, dzięki którego przy odrobinie wprawy można utrzymać maksymalny stan koherencji przez trzydzieści minut, a nawet dłużej. Koherencja między sercem, a mózgiem emocjonalnym stabilizuje autonomiczny układ nerwowy – utrzymuje w stanie równowagi układy współczulny i przywspółczulny. Po osiągnięciu takiej równowagi znajdujemy się w optymalnej sytuacji, aby stawić czoło wszelkim ewentualnym zdarzeniom. Jesteśmy w stanie dotrzeć jednocześnie do mądrości mózgu emocjonalnego – do jego intuicji – oraz do funkcji refleksji i planowania mózgu kognitywnego, czyli do rozumowania abstrakcyjnego.”

Myślę, że te fragmenty wystarczą, aby wypróbować tą metodę choćby do okiełznania natarczywych myśli i niepokoju.

W pozostałej części książki autor pisze o znanych mi już wcześniej metodach na złagodzenie lęku, depresji, nieraz bardzo prostych i intuicyjnych, ale zapomnianych przez nas w ciągłym biegu. Są to:

  • akupunktura (nie próbowałam na sobie, więc nie wypowiem się, czy warto, czy nie, ale z przytoczonych badań i obserwacji autora – warto spróbować)
  • regulowanie zegara biologicznego przez higieniczny tryb życia (stałe pory wstawania, posiłków) oraz symulowanie naturalnego świtu (w postaci specjalnej lampki która stopniowo rano nas wybudza, przydatnej np. dla osób odczuwających depresję sezonową związaną z brakiem światła dziennego)
  • suplementacja kwasów omega-3 i zwiększenie ich podaży w diecie – co ma korzystny wpływ na pracę mózgu (przetestowałam na sobie – faktycznie czuję poprawę, ale dopiero po bardzo dużych dawkach, więc nie każdy suplement się tu nada)
  • codzienna, choćby krótka, aktywność fizyczna, najlepiej na świeżym powietrzu -> wydzielanie endorfin, które naturalnie poprawiają nasz nastrój
  • okazywanie miłości i czułości – po prostu każdy człowiek tego najbardziej potrzebuje, choćby miała to by być miłość zwierzęcia (udowodniony pozytywny wpływ zwierzęcia którym się opiekujemy na stan psychiczny)
  • komunikacja emocjonalna – pozbawiona toksyczności komunikacja ze światem: mówienie o swoich uczuciach, potrzebach, granicach, w sposób nie obrażający nikogo i dający przestrzeń – coś, czego trzeba się uczyć całe życie, zwłaszcza jeśli doświadczyliśmy toksycznych relacji,
  • okazywanie empatii – słuchanie sercem
  • zaangażowanie się w szczytne działanie np. wolontariat, działanie na rzecz jakiejś społeczności, co powoduje u nas poczucie, że nie jesteśmy sami i należymy do grupy, mamy też wyższy cel i misję do spełnienia – karmi to nasze poczucie bycia ważnym.

Zachęcam do przeczytania całej książki. Ja na pewno nie raz do niej jeszcze wrócę w drodze do siebie. Pozdrawiam:)

zdrowiej-pokonaj-lek-stres-i-depresje-w-iext35239304

Reklamy

„Psychiatryk”

Witam serdecznie!

Wiele się u mnie działo w kwestii walki z kolejnym nawrotem choroby. Postanowiłam w końcu postawić swoje zdrowie na pierwszym miejscu i leczyć się bez względu na warunki materialne, w jakich się znalazłam. Udało mi dostać się na oddział dzienny leczenia nerwic. Trochę nietypowy, bo nie funkcjonuje jak zwykły szpital, (tzw. psychiatryk;)), choć klasyfikuje się pod leczenie szpitalne. Mianowicie codziennie tam będę na terapii grupowej i indywidualnej do południa, potem wracam do domu. I wieczorami mogę pracować (moja praca ma taki charakter, poza tym jest dorywcza i nie wymaga ode mnie wiele czasu, niestety wiele kasy też z niej nie mam, ale to teraz nieważne).

Chciałabym podziękować za wiele dobrych słów i komentarzy pod artykułem, który ukazał się na JoeMonster.org. Tutaj link:

http://http://joemonster.org/art/38674/Zyje_z_depresja_zwierzenia_bojowniczki_Joe_Monster

Komentarze faktycznie są dyskusyjne. Nie będę się tłumaczyć z niczego, pragnę jednak ogólnie odnieść się do kilku z nich. Napisałam ten artykuł i podlinkowałam bloga nie po to, aby zdobyć popularność, bynajmniej nie dla zwrócenia uwagi na siebie. Chciałam zwrócić Waszą uwagę na DEPRESJĘ, na to, że jest realną chorobą, śmiertelną chorobą, która zagraża każdemu bez względu na to kim jest, że można się przed nią chronić przez pewne działania podejmowane w swoim życiu… Chociaż „choroba nie wybiera” i nie można na nią wiele poradzić samemu, bez fachowej pomocy, gdy już przyjdzie. Chciałam się też realnie przekonać jaki jest jej odbiór z społeczeństwie.

Wielu Bojowników i Bojowniczek pisało o swoim zrozumieniu dla tej choroby, opisując własne z nią przeżycia (lub przeżycia bliskich osób), z empatią podchodząc do tematu. Z wielką uglą przyjęłam Wasze ciepłe słowa. Są one dowodem na to, że obraz depresji zmienia się z społeczeństwie. Że choć wielu z Was nie choruje i nie jest w stanie zrozumieć tego piekła, to jednak jest świadomych niebezpieczeństwa jakie to schorzenie ze sobą niesie. Znalazło się jednak parę głosów, które zarzucały mi to, że „nie doceniam tego co mam”, że lepiej niech popatrzę „na tych, co mają gorzej”, że „użalam się nad sobą” itd. Chcę Wam powiedzieć, że rozumiem Wasze spojrzenie, bo to samo spojrzenie mieli moi rodzice i wiele osób z którymi się stykałam i rozmawiałam o depresji incognito (tzn. nie wiedziały, że na to choruję). Rozumiem, bo depresji nie można sobie wyobrazić, gdy się na nią nie chorowało naprawdę. Szanuję Wasze głosy. Ale one potrafią ranić osoby z depresją jeszcze bardziej. Bo wzbudzają poczucie winy, które wcale nie pomaga. To tak, jakby osobie chorej na raka powiedzieć, żeby wzięła się z garść i przestała chorować, bo wszyscy mają jej już dość. Widzę, co sie dzieje na świecie. Widzę, że moje warunki bytowe są lepsze niż wielu osób, ale czy pocieszanie się tym, że inni mają gorzej, sprawi że stanie im się lepiej (i że stanie mi się lepiej)? Jestem osobą, która „lubi” pomagać ludziom i naprawdę myśli o innych więcej niż o własnej osobie, widzę w bezinteresownym byciu dla innych cel dla mojego życia. Nie obchodzi mnie, czy moje „wyżalenia się” przeczytają inne osoby i pomyślą sobie: „o, jaki żal, z dobrej dostatniej rodziny, a nie umie tego docenić”. Obchodzi mnie to, aby przestrzec Was przed pewnym myśleniem i działaniem na podstawie historii mojej choroby. Przestrzec też rodziców, przyszłych rodziców, przestrzec przyjaciół i potencjalnych przyjaciół. Aby mieli otwarte oczy i serce. Bo w pobliżu może być ktoś, kto cierpi przez ich podejście do nich. Bo jest może nieco bardziej wrażliwy i potrzebuje dobrego słowa i zapewnień o waszej miłości i chęci pomocy.

Trafiłam zatem do „psychiatryka” i nie mogę niestety napisać żadnej relacji z leczenia w trakcie – obowiązuje mnie tajemnica zachowania wszystkich spraw poruszanych na terapii dla siebie. Ale pewnie będę tu pisać od czasu do czasu o rzeczach ważnych. Bo widzę, że warto. Jeśli cokolwiek mogę pomóc tym choć jednej osobie – warto. Pozdrawiam ciepło, przesyłam Wam uśmiech:)

catsmile