Do wszystkich kobiet w moim życiu

Uwaga, będzie niecenzuralnie. Pisałam to w złości, która wciąż we mnie wrze…

Znalezione obrazy dla zapytania złość

Do wszystkich kobiet, które kiedykolwiek mnie skrzywdziły. Fuck you! Walcie się!

Nie tego oczekuję po kobietach – wzajemnego wbijania sobie noży w plecy. To poniżej wszelkiej krytyki. Pierdolę takie coś!!!!!!!!!!!!!!!!!!

Zacznę od Ciebie mamo, bo mam już dość ukrywania, jak bardzo mnie skrzywdziłaś. Nie chciałaś mnie. Chciałaś drugiego syna. Albo dziecka które umarło przede mną. Nawet nie wiedziałam o tym! Nic nigdy nie mówiłaś! Nic! Chciałaś, abym od razu była dorosła, nie przeszkadzała Ci w cholernie ważnej pracy i była zawsze grzeczna i niesprawiająca problemów. Od niemowlaka. Mogę się założyć, że zostawiałaś mnie do wypłakania, że nie było Cię przy moim łóżku, bo pamiętam tylko tatę! I on był, a po Tobie została wielka ziejąca rana, którą próbuję zalepić całe życie. Wkurwia mnie to! Wkurwia mnie to, że nie byłaś mi mamą, ale katem! Że chciałaś na siłę, abym była inna, nie akceptowałaś mnie takiej, jaką byłam! Nie widziałaś moich dobrych stron, wytykałaś każde najdrobniejsze potknięcie! I wiesz, co mnie wkurwia najbardziej? Jako 4-letnie dziecko zostawiłaś mnie samą w szpitalu! Kto tak kurwa robi? Bo chyba nie matka! I jeszcze coś! Pewnie byłam jeszcze młodsza, gdy biłaś mnie prawie do nieprzytomności! Pamiętam tylko strach i ogromny ból! Nieważne, czy to była moja twarz, plecy, czy pośladki, wszystko bolało. Byłaś jak kat w furii, który chce zabić. I pewnie zabiłabyś, gdyby cię mój tata w porę raz nie powtrzymał. Nienawidzę Cię za to! Moim największym przekleństwem jest, że jednocześnie Cię kocham i oddałabym za Ciebie życie. A Ty mnie sponiewierałaś już na samym starcie i sprawiłaś, że zawsze później szukałam tylko odrzucenia, bólu i kopa w dupę od wszystkich moich kobiecych znajomości, od wszystkich koleżanek i przyjaciółek (już ex). Bo tego mnie nauczyłaś kurwa! Że życie boli i mam dostać w dupę i każda kobieta chce tylko wbić szpilę drugiej! Ale to nie od Ciebie się zaczęło! Zaczęło się od wiecznie krytykującej babci, której też nie mogę znieść, dlatego odcięłam się możliwie daleko od niej. I nie mam wyrzutów sumienia! Zasłużyła sobie na to, żeby zostać sama, ciągłym krytykowaniem i zabarwianiem mojej rzeczywistości na czarno! Mam jej cholernie dość! I Ciebie też. Mam dość słuchania informacji od Ciebie, bo całe życie przekazujesz mi tylko informacje: jaka kurwa była pogoda, co się złego zdarzyło na świecie i co robiłaś. Nigdy, przenigdy nie powiedziałaś mi, jak czuje się Twoja dusza, co czujesz do mnie, bo mogę się założyć, że nigdy tego nie czułaś – nie kochałaś mnie. Dlatego mi o tym nie powiedziałaś! Że to nie jest miłość, bo nie umiesz kochać siebie, a co dopiero mnie! To jest tylko jedno wymaganie za drugim. Pamiętasz, jak mówiłaś, że wolałabyś za córkę Agnieszkę, bo ona sobie rzekomo ze wszystkim tak cudownie radziła (gówno prawda, miała depresję i paliła fajki jedną za drugą)? Wtedy już wiedziałam, że nigdy nie dotrę do Twoich uczuć, wtedy wszystko się załamało, postanowiłam dalej iść bez Ciebie. Ale wleczesz się za mną i nie potrafię wyrazić, jak bardzo jestem wściekła, że nie mam matki! Że kurwa całe życie Ciebie nie było! Bo ważniejsza była praca! Nawet dla brata to ja musiałam być matką, czytałam mu książki, rozmawiałam z nim, bo Ty nie potrafiłaś! Nie wiem, jak głęboko są Twoje uczucia, ale mam to gdzieś. Teraz idę sama i zadbam o siebie sama!

Najgorsze jest to, że potem pojawiły się kolejne kobiety, które kochałam, a które wbiły mi nóż w plecy. Gośka, która mnie szantażowała, w końcu odeszła, opuściła mnie, albo ja dałam się opuścić, bo tylko to znałam. Agnieszka, która całej szkole powiedziała, że moczę się w łóżko. Śmierć towarzyska i miejscowa gwarantowana. A wcześniej w żywe oczy mówiła mi, że jestem dla niej jak siostra. Gówno! Więcej w to nie uwierzę, nie chcę. Oczywiście mama miała to gdzieś, bo gówno ją obchodziły moje sprawy. Bo było to kurwa niewygodne. Chciałaś tylko, żebym się nie moczyła, więc zabrałaś mnie na zabiegi, które nie były konieczne, bo byłam zdrowa! Byłam chora z emocji, z braku uczuć od Ciebie. A lekarze tylko mnie zgwałcili i zabrali resztki siebie. Czuję się z tym strasznie… Zaufałam Ci, a Ty oddałaś mnie w obce ręce. Moje ciało w obce ręce, które zadawały ból! Nienawidzę Cię za to!

Potem była Aga, ona także mnie opuściła, gdy nasze klasy się rozeszły. Wiecznie zabiegałam o jej uwagę, pośród jej setek koleżanek. Gdy w końcu nie przyszła na mój ślub… – cóż, życzę jej szczęścia, bo była dobrą przyjaciółką, ale nasze drogi się rozeszły, nie zamierzam żebrać o czyjś czas i uwagę.

Potem Marta. Nieszczęsna Marta. Zaufałam jej, naiwnie myśląc, że tym razem będzie inaczej. Wbiła mi nóż w plecy, gdy zachorowałam na depresję. Że jestem żałosna. Najgorsze było to, że zdusiłam tą złość w sobie i jej jeszcze pomagałam przez większość liceum. Uprzejmie i z życzliwością. Trzeba było ją wziąć i nią potrząsnąć. I wygarnąć wszystko, jaka z niej była fałszywa pizda! Ale nie mogłam się złościć, bo dostałabym od matki kolejny znak, że mnie nie chce gdy się złoszczę, a tego nie mogłam dłużej znieść. Pierdolę takie znajomości.

No i Olga. Dziś się odezwała, jakby nigdy nic. Czy możemy pogadać. A przez rok jej nie było, gdy przypominałam o swoim zasiłku macierzyńskim. Nie złożyła podania o urlop macierzyński dla mnie. Pierdolę kasę, którą bym z tego miała. To tak, jakby nie uznała, że to dziecko było. Pierdolę, ważne, że ja wiem, że urodziłam dziecko. Chorobowe w moich papierach tylko teraz odstrasza pracodawców, a przecież to był macierzyński, nie chorobowe. I kurwa, ma czelność się jeszcze odzywać. Nie odpowiedziałam. Jej nie było, gdy ja potrzebowałam zasiłku, mnie też teraz nie ma dla niej. I tak dałam jej się nieźle zmanipulować na chory układ finansowy. Nigdy więcej. Pierdolę takie coś. Nie, kurwa, nie pogadamy. Walę to!

Dopiero niedawno zaczęłam poznawać kobiety, które nie są mi wrogie, które dają mi ciepło, od których mogę się uczyć. Ale do żadnej nie mogę zbliżyć się, bo zaraz się wycofuję. Bo boję się kolejnego noża w plecy, kolejnego zawodu, bez przepraszam i bez żadnej skruchy, wykorzystywania, poniżania, wyzyskiwania finansowego i uczuciowego. Najgorsze, że przyciągam takie kobiety jak magnes. I nie widzę znaków ostrzegawczych. Najgorsze, że takich kobiet jest na pęczki! Bo wszystkie nas nauczono, aby siebie nawzajem nienawidzić. Siebie, swoje córki i swoje przyjaciółki. I nie wiem już jak się z tego wyplątać. Jak wywalić tą cholerną złość, jak zacząć od nowa, jak budować coś na gruzach, skoro nikt mnie tego nie nauczył – relacji z kobietami. Tylko lęk, strach, przed własną szefową się kulę, bo spodziewam się kolejnego ciosu, kolejnego noża w plecy.  Ja po prostu się tego spodziewam. I cholernie to smutne.

Reklamy

2018 goodbye

Znalezione obrazy dla zapytania face tears

Taki był mój 2018. Pełen łez. Dziś w końcu znów sobie na nie pozwoliłam. Moje ciało znów się wytrzęsło w płaczu. Mam wrażenie, że z tym bólem będę żyć już zawsze. Bo co zdoła ukoić ból matki, która straciła dziecko? Ja jeszcze nie wiem. Mogę go przykrywać, poklepywać, udawać twardą, a i tak wystarczy drobny bodziec, jak film czy rozmowa z ciężarną koleżanką, by łzy płynęły od nowa.
Straciłam ciążę w 12 tygodniu. Zostałam zwolniona po tym z pracy. Wyrzucam sobie do dziś, że pracowałam w trakcie ciąży, prowadziłam fitness (zajęcia słabsze ale jednak). Będąc na zwolnieniu lekarskim, gdyż dałam się wkręcić w chory układ w pracy (pracować na zwolnieniu „bo nie mam jak opłacić ci zusu”). Moja pracodawczyni do dziś nie złożyła wniosku w urzędzie o przyznanie mi urlopu macierzyńskiego, który u niej złożyłam po rozpoznaniu płci dziecka (chłopiec) i pogrzebie. Nie wiem, czy urodzę jeszcze dziecko, bo mam problem genetyczny, kolejna ciąża musiałaby być na lekach.
W ciągu tego roku słyszałam mnóstwo słów od innych kobiet, które były kojące i pocieszające, ale o wiele więcej było głosów takich jak poniższe:
„Jesteśmy kobietami, musimy cierpieć bardziej w tym życiu” – moja mama
„Będziecie mieli kolejne, nie ma co płakać, uspokój się” – moja była szefowa, która poroniła 2 razy
„Jeszcze zostaniesz mamą” – czyli właśnie nią nie zostałam?
„Musisz żyć dalej” – tak? muszę? tylko jak, może mi powiesz?
„Kolejne dziecko ci wszystko wynagrodzi” – a może tego nie chcę? Kolejne nie będzie już moim Adasiem.
„…” czyli NIC – tyle usłyszałam o temacie poronień na kursie przedmałżeńskim.
Mam żal, że w takiej kulturze wyrastam, że kobiety muszą czuć się winne i przyklepywać banałami tragedię, która wydarzyła się w ich życiu. Bo dla każdej jest to taka tragedia, że rozrywa się serce. Że muszą być silne i od razu zachodzić w kolejną ciążę, zanim jeszcze opłaczą stratę. Bo już lata gonią, bo wszystkie koleżanki są w ciąży, bo wypada. Że mówi się o tych dzieciach: „To nie było nawet dziecko”, „Lepiej że umarło, bo pewnie było chore. Później byś się męczyła”. Mam ochotę splunąć w twarz komuś, kto to mówi i powiedzieć otwarcie:
Dla mnie to był najdroższy człowiek na świecie. I jest mi tak żal, jak nigdy nie było, że go już z nami nie ma. I nie jestem w stanie pogodzić się z tym, że mogłam mu zaszkodzić. Ani z tym, że go już nie zobaczę, nie będę wiedzieć, jaki ma głos, do kogo jest podobny. Dla mnie zawalił się świat. Uszanujcie to i nie każcie mi brać się w garść, zanim nie będę na to gotowa.

Tam, gdzie pojawia się ściana w terapii tradycyjnej, czyli ciąg dalszy o terapii wewnętrznego dziecka

29570959_985153204984417_335158238682112084_n

Obrazek dla atencji jest:) Oczywiście jeśli powyższych emocji jest zbyt dużo, też niedobrze – świadczy to o zaburzeniu – w przypadku tłumionych złości i smutku są to nerwice i depresje. Emocje są ok, jeśli mogą na bieżąco przez nas płynąć i tego się trzymam.

Dziś kilka moich luźnych przemyśleń w oparciu o własne doświadczenia terapii. Od 17 roku życia, gdy zapadłam na ciężką depresję, chodziłam do różnych terapeutów. Zwykle moje wizyty odbywały się na zasadzie poradnictwa bieżących spraw i zmiany zachowań (terapia poznawczo-behawioralna). Dały mi silny fundament pod zmianę, wiele dzięki nim wyciągnęłam… ale w 2016 roku przyszedł kolejny silny nawrót depresji i dał mi do myślenia: czy na pewno dotychczasowe terapie mi pomogły? Pewnie dzięki nim przetrwałam trudne momenty (szkoła, studia), nabrałam większego wglądu w siebie, ale… to było za mało. Wciąż wracały dawne schematy myślowe, głosy silnego wewnętrznego krytyka w mojej głowie: nie poradzisz sobie, jesteś do niczego, jesteś brzydka, gruba itd… Skąd tak negatywne myśli o sobie? Tak silne… Walka z nimi była jak walka z wiatrakami. W końcu przestałam walczyć, zaczęłam słuchać i akceptować. Dzięki temu, że dostałam się na terapię dzienną. Tam, poniekąd nie wiedząc jeszcze, że pracuję z wewnętrznym dzieckiem, zaczęłam z nim pracować. Odkrywać dawne, źle zagojone rany, aby zagoiły się prawidłowo. Wypłakiwać, wyzłościć się na to, z czym nikt nie pozwolił mi się wcześniej pogodzić, albo na co nie byłam sama gotowa. Pewnie wiele tego jeszcze we mnie tkwi, ale solidna psychoanaliza, połączona z relaksacją, medytacją i TRE oraz dawaniem sobie prawa do przeżywania emocji, także tych zakopanych dawno temu, była KROKIEM MILOWYM do mojego zdrowienia. Nie jest idealnie. Ale widzę ogromną różnicę w sobie, są momenty dłuższe niż sekundy, zdecydowanie dłuższe, że czuję się ze sobą lepiej. Czuję, że mam w sobie wsparcie, przyjaciela, matkę… Nieraz wręcz rozpiera mnie energia, nie wiem skąd, pewnie z kontaktu z moją własną duszą, która tam w głębi jest piękna i pełna miłości.

Tego momentu w terapii życzę Wam wszystkim. Droga do niego była długa i bolesna, ale warto było. Planuję oczywiście dalej pracować nad sobą, nie spoczywać na laurach. Mam na oku terapię, na którą jednak potrzebuję uzbierać trochę grosza. A póki co – pracuję. Nad jedną z najbardziej zaniedbanych w moim życiu sfer – sferą zawodową. I idzie mi coraz lepiej;)

Przesyłam uśmiech i medytację od Violi:

Motywatory cz.4.

Chwilkę mnie nie było… Bo rozkręcam drugiego bloga. W temacie diety, zdrowego trybu życia, ale też psychodietetyki i psychologii;) Na razie w powijakach. Nie chciałabym też łączyć tych blogów ze sobą, więc może natkniecie się na niego gdzieś w eterze.

Póki co dawna motywatorów na jesienny chłodny dzień, aby trochę cieplej zrobiło się na serduchu. (Dziś też parę po prostu ładnych widoczków)30741106_2073066596308698_1194485659771863040_n27545209_570207876679846_6125082595615848972_n29541516_1609675812457383_5266067553430525522_n39257766_2121276374583803_3904838142145855488_n40041099_307857313103059_5665649621108523008_nFB_IMG_150721314619842898072_842657992598176_6775828835251257344_n

21314827_810748155771255_5184682077371594382_n

23905243_531128423921125_8459075086656416439_n

szach-mat-ateisci-szafszawan marokolungern szwajcaria

FB_IMG_1508425178176

Trzymajcie się ciepło i nie dajcie się depresji 😉

TRE – Trauma/Tension Releasing Excercises

Witajcie!

Dziś o metodzie, która bardzo pomaga mi wrócić do siebie. Wiemy już, jak bardzo emocje wiążą się z ciałem. Odniesione trudne wydarzenia i traumy mogą wręcz odbijać się w naszym ciele, powodując jego określony wygląd (np. zamkniętą klatkę piersiową, zgarbione plecy). Przez ciało nasze wewnętrzne dziecko może dawać nam znać, że coś jest nie tak w naszym życiu, albo że coś było nie tak i trzeba w końcu się tym zająć, przeżyć, opłakać, pogodzić się, zmienić destrukcyjny dla nas wzorzec zachowania. Psychika daje nam mnóstwo objawów somatycznych (np. zespół jelita drażliwego, wrzody, choroby serca). Nie mówię, że w 100% choroby są wynikiem odniesionych traum, ale na pewno na występowanie owych chorób duszone emocje mają duży wpływ. Emocje zamrożone w ciele. Niekiedy nawet pośredni wpływ, np. po traumie nieakceptacji ze strony rówieśników dziecko może zamknąć się w sobie dosłownie i w przenośni: np. zostawać więcej czasu w swoim pokoju, spędzać czas bezpiecznie przed monitorem i w związku z tym się garbić, co powoduje zamkniętą pozycję ciała, nawet wady i schorzenia kręgosłupa. Wszystko jest połączone…

A co, jeśli powiedziałabym Wam, że istnieje metoda, która pomaga pozbyć się napięcia, także tego zaszłego, zamrożonego w ciele, przez co wpływa na nasze emocje i samopoczucie? Bo taką metodą jest TRE.

Pierwszy raz usłyszałam o tej metodzie około roku temu na terapii. Okazało się, że w moim mieście wojewódzkim, gdzie terapię podejmowałam, jest terapeutka, która uczy, jak poprzez odpowiednie działanie z ciałem, dosłownie „wytrząść” z siebie emocje. I nie jest to żadna niesprawdzona metoda, bujda na całego, czy jakaś newage’owa propaganda. Jest to sprawdzona naukowo i skuteczna metoda, stosowana m.in. w krajach objętych konfliktami zbrojnymi, po zamachach, po traumatycznych wydarzeniach. I – co najważniejsze – działa.

Nauczyłam się tej metody. Sprawdziłam jej skutki na sobie. Mam za sobą na razie kilka sesji TRE, ale już widzę różnicę w swoim ciele. Zablokowane biodra zaczynają się otwierać, jakbym miała więcej miejsca w ciele. Traumatyczne wydarzenia, które miały miejsce w moim życiu, na każdym jego etapie, zostają tak jakby „odreagowane”  i już tak dotkliwie nie bolą wspomnienia o nich. Widzę postęp i jestem zdecydowana, aby ćwiczyć samej przynajmniej raz w tygodniu, a od czasu do czasu wracać do mojej terapeutki od TRE, aby motywacja i nawyk nie wygasły.

Na czym polegają te ćwiczenia? To prosta sekwencja ćwiczeń wykorzystujących głównie nogi i biodra, każdy jest w stanie ją zrobić. Następnie zmęczenie powstałe w czasie tych ćwiczeń wprawia nogi, biodra, nieraz całe ciało w drżenie neurogeniczne – naturalne np. dla zwierząt, które dosłownie „otrząsają się” z trudnych dla nich sytuacji, u nas ludzi niestety zapomniane i pogrzebane kulturowo (bo przecież nie wypada się trząść np. ze strachu). Możemy wykorzystać ten mechanizm w sposób kontrolowany w warunkach, które nam pasują (i w każdej chwili go przerwać, bowiem na początku może powodować poczucie dyskomfortu). Gdy się trzęsiemy, różne myśli przychodzą nam do głowy: mogą być związane z przeżytymi traumami, ale mogą być zupełnie niezwiązane z nimi. Ciało i tak wie, co chce odreagować i to robi – musimy tylko mu pozwolić.

Nie mówię, że jest to metoda na wszystko, a efektów nie widać od razu. Zdziwiłam się jednak, gdy po ostatniej rozmowie kwalifikacyjnej, nie zareagowałam jak wcześniej – nerwowym wybuchem płaczu. Wszystko było jakby spokojniejsze w mojej głowie, emocje znacznie słabsze i dające się okiełznać. Może to sprawa terapii, może TRE, a może obu naraz? Na pewno warto spróbować.

Podrzucam stronę TRE, na której możecie znaleźć terapeutę w swojej okolicy i zacząć działać ku zdrowszemu ciału i emocjom:

http://tre-trauma.pl/o-tre/

A także film – wykład o TRE:

Kilka słów o książce „Zdrowiej!” Dr’a Davida Servan-Schreibera

Książka reklamuje się na okładce jako: „Naturalne metody zwalczania depresji i stresu. Bez leków i psychoanalizy!” Postanowiłam przeczytać, zwłaszcza, że dostałam ją od… mamy (ciekawe, czy czytała;)).

Pozytywnie zaskoczyła mnie treść książki, oparta na długoletnim doświadczeniu autora jako psychiatry w leczeniu różnych osób. Opisuje ich przypadki, oraz jakie terapie na nie pomagały. W szczególności zainteresowała mnie metoda EMDR, o której czytałam pierwszy raz. Z tłumaczenia z języka angielskiego (eye movement desensitization and reprocessing) jest to odczulanie z zastosowaniem ruchu gałek ocznych oraz przeformułowanie negatywnych schematów poznawczych. W dużym skrócie: metoda ta pozwala na przerobienie w części umysłu odpowiedzialnej za emocje dużych traum i ich skutków np. objawów somatycznych lub psychicznych, które zwykle z tych traum się wzięły. Stosuje się ją jako metodę alternatywną, ale zyskującą coraz większe uznanie ze względu na skuteczność w leczeniu PTSD (zespołu stresu pourazowego). Wplata się ją w tradycyjną terapię poznawczą: polega na podążaniu ruchem gałek ocznych w lewo i prawo za spokojnym ale rytmicznym ruchem dłoni terapeuty, (coś jak za wahadłem hipnotyzera, własne skojarzenie:)), co pomaga pobudzić mózg emocjonalny (układ limbiczny w mózgu) do przetrawienia tych emocji i pozostawienia ich za sobą. Co ciekawe, im młodsza osoba, tym szybsze są efekty tej terapii.

Bardzo zaciekawił mnie naukowy wstęp do książki na temat właśnie części mózgu odpowiedzialnej za emocje (układ limbiczny) bo jest to część ściśle sprzężona z ciałem i nieraz działając na ciało właśnie (co zauważyłam w swojej wieloletniej praktyce sportowej) jesteśmy w stanie pobudzić lub wyciszyć określone emocje, odreagować je (np. bijąc w worek treningowy lub rozluźniając określone mięśnie na relaksacji). Tym bardziej utwierdza mnie to w przekonaniu, że jesteśmy jedną wielką całością: ciało i psychika przeplatają się, jedno ma ogromny wpływ na drugie: to, co jemy i robimy może generować określone emocje. Np. mięsień biodrowo-lędźwiowy często jest przykurczony u osób wykonujących pracę siedzącą (bardzo powszechną w dzisiejszych czasach), a jego napięcie może wpływać bardzo na poczucie rozdrażnienia i napięcia nerwowego – nieraz czujemy się źle po długotrwałym siedzeniu i nie wiemy dlaczego, czujemy potrzebę wstania i rozciągnięcia się. Zwierzęta rozciągają się odruchowo. My zapomnieliśmy o wielu swoich instynktach i słuchaniu swojego ciała.

Drugą metodą, która mnie zaciekawiła jest osiąganie stanu koherencji serca za pomocą wyciszenia się, spokojnego oddechu i przywołania pozytywnego uczucia – wdzięczności, radości, spokoju np. za pomocą wspomnienia. Zacytuję, jak osiągać ten pozytywny dla naszego serca stan, który przekłada się później na korzystne i harmonijne funkcjonowanie naszej fizjologii i emocji, pozwala uspokoić chaos w głowie i ciele:

„Podobnie jak w tradycji ćwiczeń jogi, w medytacji i wszystkich innych technikach relaksacyjnych, pierwszy etap ćwiczeń polega na skierowaniu uwagi ku swojemu wnętrzu. Gdy poddajemy się tej metodzie po raz pierwszy, musimy najpierw wyłączyć się ze świata zewnętrznego i zaakceptować konieczność odsunięcia na kilka minut wszelkich trosk i niepokojów. Należy przyjąć, że nasze kłopoty mogą zaczekać przez czas potrzebny sercu i mózgowi do odnalezienia równowagi i wzajemnej bliskości.

Najlepszym sposobem dojścia do takiego stanu jest powolne zaczerpnięcie dwóch głębokich oddechów. (…) W celu zmaksymalizowania efektu należy skupić całą uwagę na oddechu, aż do samego końca wydechu, potem na kilka chwil zrobić małą przerwę, zanim kolejny wdech sam z siebie nie wypłynie. Chodzi o to, aby dać się ponieść wydechowi aż do punktu, w którym naturalnie przeobraża się on w rodzaj spokoju i lekkości.

(…) Aby osiągnąć maksymalną koherencję serca, należy po 10-15 sekundach takiego stanu stabilizacji przenieść świadomie uwagę na punkt klatki piersiowej, w której znajduje się serce. W tym drugim etapie, najłatwiej jest wyobrazić sobie, że oddychamy przez serce. Kontynuując powolne i głębokie oddychanie (naturalnie bez przesadnego wysiłku) należy wyobrazić sobie, jak każdy kolejny wdech i każdy kolejny wydech przenikają tę ważną część ciała. Oczami wyobraźni śledzimy, w jaki sposób wdech dostarcza potrzebnego mu tlenu, a wydech pozwala pozbyć się wszystkich niepotrzebnych już pozostałości. (…)

Trzeci etap polega na włączeniu się w rodzące się w klatce piersiowej uczucie ciepła i odprężenia, a chronieniu go i wspomaganiu myślą i oddechem. Początkowo dostanie to jest zwykle nieśmiałe i bardzo dyskretnie daje o sobie znać. (…) Skuteczną metodą dodania mu (sercu) odwagi jest spontaniczne wywołanie uczucia aprobaty lub wdzięczności i pozwolenie, aby wypełniło cała pierś. Serce jest szczególnie wrażliwe na uczucie wdzięczności, na każde uczucie miłości, którym obdarzamy człowieka, zwierzę, przedmiot lub nawet wyobrażenie o życzliwości i pięknie otaczającego nas świata.

(…)

Owa koherencja rytmu serca znajduje natychmiast odbicie w mózgu emocjonalnym, dla którego oznacza, wprowadzając do w stan równowagi, że z punktu widzenia fizjologii panuje jak najlepszy porządek. Mózg emocjonalny odpowiada na tę informację utrwaleniem koherencji serca. To wzajemne napędzanie się stanowi magiczny krąg, dzięki którego przy odrobinie wprawy można utrzymać maksymalny stan koherencji przez trzydzieści minut, a nawet dłużej. Koherencja między sercem, a mózgiem emocjonalnym stabilizuje autonomiczny układ nerwowy – utrzymuje w stanie równowagi układy współczulny i przywspółczulny. Po osiągnięciu takiej równowagi znajdujemy się w optymalnej sytuacji, aby stawić czoło wszelkim ewentualnym zdarzeniom. Jesteśmy w stanie dotrzeć jednocześnie do mądrości mózgu emocjonalnego – do jego intuicji – oraz do funkcji refleksji i planowania mózgu kognitywnego, czyli do rozumowania abstrakcyjnego.”

Myślę, że te fragmenty wystarczą, aby wypróbować tą metodę choćby do okiełznania natarczywych myśli i niepokoju.

W pozostałej części książki autor pisze o znanych mi już wcześniej metodach na złagodzenie lęku, depresji, nieraz bardzo prostych i intuicyjnych, ale zapomnianych przez nas w ciągłym biegu. Są to:

  • akupunktura (nie próbowałam na sobie, więc nie wypowiem się, czy warto, czy nie, ale z przytoczonych badań i obserwacji autora – warto spróbować)
  • regulowanie zegara biologicznego przez higieniczny tryb życia (stałe pory wstawania, posiłków) oraz symulowanie naturalnego świtu (w postaci specjalnej lampki która stopniowo rano nas wybudza, przydatnej np. dla osób odczuwających depresję sezonową związaną z brakiem światła dziennego)
  • suplementacja kwasów omega-3 i zwiększenie ich podaży w diecie – co ma korzystny wpływ na pracę mózgu (przetestowałam na sobie – faktycznie czuję poprawę, ale dopiero po bardzo dużych dawkach, więc nie każdy suplement się tu nada)
  • codzienna, choćby krótka, aktywność fizyczna, najlepiej na świeżym powietrzu -> wydzielanie endorfin, które naturalnie poprawiają nasz nastrój
  • okazywanie miłości i czułości – po prostu każdy człowiek tego najbardziej potrzebuje, choćby miała to by być miłość zwierzęcia (udowodniony pozytywny wpływ zwierzęcia którym się opiekujemy na stan psychiczny)
  • komunikacja emocjonalna – pozbawiona toksyczności komunikacja ze światem: mówienie o swoich uczuciach, potrzebach, granicach, w sposób nie obrażający nikogo i dający przestrzeń – coś, czego trzeba się uczyć całe życie, zwłaszcza jeśli doświadczyliśmy toksycznych relacji,
  • okazywanie empatii – słuchanie sercem
  • zaangażowanie się w szczytne działanie np. wolontariat, działanie na rzecz jakiejś społeczności, co powoduje u nas poczucie, że nie jesteśmy sami i należymy do grupy, mamy też wyższy cel i misję do spełnienia – karmi to nasze poczucie bycia ważnym.

Zachęcam do przeczytania całej książki. Ja na pewno nie raz do niej jeszcze wrócę w drodze do siebie. Pozdrawiam:)

zdrowiej-pokonaj-lek-stres-i-depresje-w-iext35239304

Leczenie wewnętrznego dziecka

Praca, którą zajmuję się w większości sama. Z pomocą filmów na youtube, książek, artykułów. Dziś mam wrażenie wykonałam ważny krok do przodu. Posłuchałam swoich emocji z wczesnego okresu dziecięcego. Wypłakałam je, wyżaliłam się (na głos, w zamkniętym aucie)… Może choć trochę zeszły. Pomagają mi bardzo medytacje takie, jak ta:

Wyobrażam sobie siebie jako niemowlę, dziecko, (ogólnie na etapie życia, gdy coś poszło nie tak), staram się je wewnętrznie przytulić, jednocześnie dopuszczając emocje, które się w tym dziecku pojawiają, aby je uwolnić.

U mnie, w moim wewnętrznym niemowlęciu, pojawiło się dziś dużo poczucia opuszczenia, lęku przez złością mamy i wołania: mamoooo! Aby ona przyszła i zaspokoiła moje potrzeby: czułości, miłości, ciepła. Aby do mnie mówiła, szeptała, rozmawiała, była łagodna.

Ale moje emocje z okresu wczesno-dziecięcego mówią mi, że tak nie było. Że często leżałam w łóżeczku i byłam pozostawiana sama sobie, do wypłakania się, a wszyscy dorośli byli zajęci wielce ważnymi sprawami, np. pracą, próbą przetrwania w biedzie. Moje emocje mówią mi, że bałam się agresji mamy, że jednocześnie bardzo jej potrzebowałam i bałam się. I była tylko wtedy, gdy naprawdę działo się coś bardzo złego, np. byłam chora. Że zawsze ślizgała się gdzieś po powierzchni, nie patrzyła mi w oczy, nie nawiązywała ze mną prawdziwej relacji. Jakbym była w jej życiu tylko kolejnym ciężarem, który trzeba utrzymać, a nie darem ani błogosławieństwem. A nie przyjacielem i kimś ważnym.

Jakże ciężko mi to odczarować teraz, gdy w mojej głowie toczy się walka, już nie o uwagę mamy, ale o uwagę i czułość od samej siebie. Przez lata dawałam sobie tylko to, czego się od niej nauczyłam. Nie słuchałam siebie, sygnałów ze swojego ciała. Dopiero na studiach zaczęłam się bardziej w siebie wsłuchiwać, gdy pojawiły się pierwsze dolegliwości nerwicowe. Moje wewnętrzne dziecko już nie krzyczy – ono wyje. Wyje o uwagę i odrobinę ciepła. Jest mi go cholernie żal. I chcę mu pomóc. Mogę to zrobić. Teraz mogę. Mogę dawać sobie to, czego nie otrzymałam. Ale potrzebuję też uznać stratę, że wtedy w określonym momencie życia nie dostałam tego, co było dla mnie tak cholernie ważne (wybaczcie język, piszę w emocjach). Że byłam traktowana jak dopust boży, jak natrętna mucha, od której trzeba się oganiać. A nie jak dziecko, które płacze, bo coś już bardzo potrzebuje. Płacz dziecka pewnie drażnił moją mamę, bo przypominał jej o własnym wewnętrznym dziecku, które również wyło z rozpaczy chowania się w zimnym domu.

Zimny chów. Nieraz, gdy kupuję jajka z wolnego wybiegu, myślę, że ta decyzja nie była przypadkowa, bo tak bardzo rani mnie myśl o więzionych zwierzętach, pozbawionych słońca, relacji ze sobą, przestrzeni. Ja chyba byłam taką klatkową kurą, trzymaną tylko dla korzyści, bo wymagano ode mnie wiele na polu naukowym, a potem zrobienia kariery itd. Nie udało się, wszystko runęło jak domek z kart. Może żeby mi uświadomić, że to nie były MOJE oczekiwania. Że ja z całej siły pragnęłam być kochanym dzieckiem. Nie docenianym za to, co robi. Ale kochanym bez względu na to, w jakim dole życiowym się znajduje.

child