Ślady przemocy

Chyba nie ma wśród nas kogoś, kto nie doświadczyłby przemocy. Fizycznej, psychicznej. Jej doświadczenie na wczesnym etapie życia może w nas wsiąknąć na lata i powodować problemy z ciałem i psychiką w późniejszych etapach życia. I zwykle tak się dzieje. Trudny to temat, dla mnie też, gdyż przemocy doświadczyłam ze strony matki. I ze strony rówieśników w szkole. Ale jest rodzaj przemocy, który zostawia szczególne piętno i o nim artykuł poniżej, bo sama nie napisałabym tego lepiej.

http://www.psychologiawygladu.pl/2015/08/ciao-pamieta-konsekwencje-molestowania_6.html?m=1

Nie wiem, dlaczego temat budzi tak ogromny napływ trudnych emocji we mnie. Szczęśliwie nie byłam ofiarą przemocy na tle seksualnym. Ale można powiedzieć, że doświadczyłam podobnych emocji, jak ofiary tej przemocy (pewnie nie w takim stopniu nasilenia), gdyż były pewne niepokojące zdarzenia na tym tle w moim życiu. Może kiedyś podzielę się tym publicznie, jeśli uznam, że to komuś pomoże.

Co warto wiedzieć: nie jesteśmy sami. Szukajmy pomocy i wsparcia, nawet jeśli chwilowo wydaje nam się, że inni są tak samo źli i tylko zamierzają nas skrzywdzić.

Reklamy

Zmiana adresu bloga niedladepresji.wordpress.com

niedladepresji – wiem, że adres był już rozpoznawalny, jednak 😦 namotałam coś w ustawieniach chcąc zmienić tylko nazwę użytkownika i nie mogę go przywrócić

niedepresji.wordpress.com – to jest nowy adres. Nazwa strony chwilowo pozostanie bez zmian

Wspomnienia depresyjnej przeszłości cz.2

Zakochałam się w chłopaku starszym ode mnie o 7 lat. Miałam lat 13. Byłam może i bardziej rozwinięta fizycznie niż inne dzieciaki, ale nadal: gruba, brzydka, z aparatem na zębach i chorobliwą nieśmiałością (a raczej lękiem społecznym wywołanym przez przyjaciółkę, która mnie zdradziła). Wiedziałam, że to uczucie nie ma szans. Ale nigdy w życiu nie doświadczyłam tak mocnej potrzeby, aby ktoś mnie przygarnął i też pokochał. Dlatego jak głupia trzymałam się tego uczucia, podświadomie i szalenie, przez kilka lat, w liceum patrząc jak on odwozi swoją dziewczynę do szkoły (była 2 lata starsza ode mnie). Żałowałam wtedy, że nie jestem nią. Nienawidziłam ją, jednocześnie pragnąc się nią stać. Mój obiekt miłości potem zniknął mi z horyzontu. A ja? Stawałam się kimś, kim nie chciałam być. Uczyłam się pilnie, żeby zdobyć choć odrobinę uznania i uczucia, ale nikt mnie nie lubił, nawet moi rodzice, tak czułam. Jedyne osoby, które okazywały mi trochę ciepła – były na odległość, przez internet. M.in. osoba, którą nazwałabym swoją drugą matką – Gabriela. Kobieta w wieku mojej mamy, udzielająca mi psychologicznych porad, z czasem bardziej przyjaciółka niż psycholożka. Ale z nią kontakt też się urwał. Mniej więcej pod koniec pierwszej klasy liceum. Wtedy przestałam też widywać moją pierwszą miłość (jego dziewczyna skończyła szkołę, a on pojechał do USA, gdzie prawdopodobnie jest do dziś, ale tego nie wiem). Wtedy byłam też do cna wykończona nauką od rana do zmierzchu, aby w przyszłości „nie biedować” i godnie zarabiać. Wtedy też uczucie okazał mi ktoś niedostępny – 40-letni ksiądz, którego nikt poza mną nie lubił. Wywołało to u mnie falę tak wszechogarniającej złości, żalu i bezsilności zarazem… Że jakaś tama pękła. I płakałam całymi wiadrami, a później gdy już wszystko wypłakałam, tylko leżałam. Całe wakacje. Dla rodziców był to problem, czułam, że problemem jest to, że przez swój stan mogę nie wyjść na ludzi, albo nie zdać matury. Zaczęli mnie leczyć psychiatrycznie. Dopiero w roku szkolnym doszedł psycholog, ale fala emocji powstrzymywanych przez lata była tak wielka, że praktycznie całe wizyty przepłakiwałam. Do dziś czuję tę falę tamtych emocji i nie mogę się z niej uwolnić. Może kiedyś to wypłaczę. Może kiedyś wypłaczę brak miłości innych do mnie. I siebie samej do siebie. Brak uwagi, brak czułości i zrozumienia. Obojętność mojej pierwszej miłości (wiedział, co do niego czuję, ale pewnie nie mógł zachować się inaczej, po prostu nie chciał mnie kochać). Może kiedyś wypłaczę odrzucenie ze strony rówieśników, które powtórzyło się później w liceum ze strony dziewczyn z klasy. Przez 2 lata nie miałam później z kim porozmawiać (oprócz psychologa). Przerażenie własną chorobą i słabością, która odebrała mi chęci do życia, koncentrację do nauki i pasję… Przerażenie dorosłością, która wtedy uderzyła mnie swoją bezwzględnością i zimnem, nastawieniem na zarabianie i konsumowanie. A ja tak bardzo chciałam być pisarką, poetką, sobą. Kimś, kto daje ludziom coś więcej niż przedmioty. Zatraciłam tą pasję. Teraz trudno mi sobie wybaczyć stracony talent. Nie wiem, czy umiem do niego wrócić. Siedzę i płaczę nad sobą. Nad przeszłością. Nad teraźniejszością, która jest lepsza jedynie w tym, że mam kochanego męża. Nad tym, że nie wiem jak dalej ruszyć swoje życie w świecie, w którym umierają dzieci. Także te wewnętrzne dziecko we mnie płacze i umiera. Nie chcę na to pozwolić.

FB_IMG_1501449182596

Poroniłam… Nie mów mi tych rzeczy

Figurki i elementy dekoracyjne Parastone FIGURKA EMOTION - DZIECKO NA DŁONI - Dotyk (To hold) - biała

Bardzo trudny dla mnie wpis. Pod koniec I trymestru dowiedziałam się, że noszę martwe dziecko. Od 3 tygodni pewnie serce nie biło, choć widziałam je wcześniej bijące na USG. W czasie tych 3 tygodni były Święta, powiedzieliśmy wielu osobom, że spodziewamy się dziecka. W pracy, w której mam kontakt z ludźmi też wiele osób się dowiedziało, bo moje obowiązki zostały mocno okrojone (pracuję fizycznie). Mieszkam też na wsi i rozniosło się to pewnie błyskiem. Ale to nieważne. Ważne, że pojechałam na USG z mężem i spodziewaliśmy się już oboje ujrzeć rosnące dzieciątko (które powinno mieć już 6 cm), a zamiast tego ujrzeliśmy martwe, niespełna jednocentymetrowe dziecko. Pani ginekolog była bardzo delikatna i taktowna w tej trudnej chwili. Skierowała mnie do szpitala, gdzie poszłam na następny dzień. Spotkało mnie tzw. poronienie chybione. Dziecko umiera, a ciąża trwa dalej, miałam normalne objawy, rósł mi brzuch, piersi, miałam różne smaki jak wcześniej. Prowadziłam zdrowy tryb życia, dużo się ruszałam i nic nie zapowiadało, że dziecko nie żyje… W szpitalu przeżyłam swoje. Zaznaczę jeszcze, że niemal wszytkiego o procedurze i naszych prawach do pochowania dziecka dowiedzieliśmy się z internetu i od koleżanek na sali, nikt nam nie powiedział w szpitalu, czego się spodziewać. Kilka dni czekałam na podanie leków poronnych, gdyż wyszła mi niewielka infekcja bakteryjna. W międzyczasie na oddziale obok rodziły się dzieci, słyszałam krzyk kobiet rodzących i potem krzyk dzieci i pękało mi serce, bo ja się tego nie doczekam. W końcu doczekałam się poronienia (podania tabletek poronnych, bo moje ciało dalej uznawało, że jestem w ciąży). Była ze mną mama, był mąż w tym dniu i dzięki nim jakoś przetrwałam krwawienie i oczekiwanie na urodzenie dziecka. Najgorszy moment – prawie urodziłam je do toalety, gdy poszłam na siku, po prostu wtedy wyciekło ze mnie. Uratowałam je własnymi dłońmi, gdy czułam, że wychodzi. Położyłam na liglinę i zawołałam męża, żeby poszedł do położnych po kubek, gdzie miałam zebrać szczątki do badań (histopatologiczne w szpitalu i następnie prywatnie zdecydowaliśmy się na genetyczne). Myślałam, że przyjdzie pielęgniarka i zabierze szczątki (łożysko i moje dziecko), ale dostałam tylko kubek. I własnymi zakrwawionymi dłońmi przenosiłam łożysko, a potem moje maleństwo (miało około 1 cm) do tego kubka. Byłam w takim szoku, że emocje wyłączyły się wtedy, dopiero potem przyszły i widok mojego dziecka ciągle miałam przed oczami. Może dla niektórych jest straszne, co pisze, ale może pomoże zrozumieć osobom w podobnej sytuacji, co się wtedy dzieje, jak to przebiega. Później czekałam do późna (do około 22, czekaliśmy na lekarza) na zabieg łyżeczkowania (czyli wyczyszczenia macicy z resztek, aby później nie doszło do powikłań przy kolejnych ciążach), który miałam na szczęście w całkowitej narkozie. Rano wypuszczono mnie do domu. Pewnie po badaniach czeka mnie jeszcze pogrzeb dziecka, nadanie mu imienia w urzędzie (bo tak zdecydowaliśmy, na razie nie sposób było określić płci bez badań), i inne zusowsko-papierkowe sprawy. A później pewnie szukanie nowej pracy, jakoś trudno mi będzie zostać w tej, w której byłam (także ze względu na postawę szefowej), nie wiem jak się to potoczy. Na razie nie minął nawet tydzień. Spotkałam się z wieloma reakcjami ze strony rodziny i znajomych, którym mówiłam o stracie. Dziś chciałam napisać, czego nie mówić kobiecie, która straciła dziecko, bez względu na to, czy było małe, czy duże. Po prostu świeżo po utracie takie słowa dodatkowo wbijają nóż w serce i dają poczucie, że odbiera mi się prawo do przeżycia mojego cierpienia.

  • „40 procent ciąż tak się kończy” – serio… nie pociesza mnie, że kobiety tracą swoje dzieci, naoglądałam się takich wiele w szpitalu, nasłuchałam się płaczu i lamentów, gdy któraś dowiadywała się, że dziecko umarło, to mnie nie pociesza
  • „Jeszcze będziesz miała zdrowe dzieci” – teraz o tym nie myślę, myślę o tym, które odeszło, nie chcę zapełniać rany po nim innym dzieckiem
  • „Za 3 miesiące możecie już się starać o nowe” – nie chcę nawet o tym myśleć, na razie przeżywam stratę tego dziecka i stratę marzeń po nim
  • „Wiem, co czujesz” – nawet jeśli przeżywałaś poronienie, nie wiesz konkretnie jak ja to przeżywam: jestem inną osobą i moje dziecko nie było twoim, czuję co innego, nie umniejszaj mojego cierpienia
  • „Przecież to był płód, to nie było dziecko” – … pozostawię bez komentarza
  • „Głowa do góry, ciesz się że teraz a nie w 20 tygodniu, kiedy musiałabyś je urodzić” – jakoś nie widzę powodu do cieszenia się, także z tego, że widziałam kobiety w szpitalu, które musiały istotnie rodzić swoje martwe dzieci później
  • „Urodziłabyś chore dziecko i wtedy dopiero byłby problem” – …

Ogólnie, ludzie, proszę. Dajcie mi przeżyć moje cierpienie. Dajcie mu się wypalić. Nie chcę go chować, chcę je wypłakać, chcę aby moje dziecko miało godny pogrzeb, ono było dla mnie człowiekiem od samego początku, kimś ważnym i kochanym, nawet jeśli dopiero uczyłam się je kochać.

Co mi pomogło:

  • „Możesz mi o tym mówić, możesz się wypłakać jeśli potrzebujesz” – taka postawa męża i kilku znajomych
  • „Razem przez to przejdziemy” – i przechodzimy, razem z mężem
  • „Przykro mi” – po prostu
  • „Twoje dziecko żyje i jest w niebie” – słowa księdza
  • „Potrzebujesz czasu” – tak, potrzebuję go
  • „Jeśli mogę ci w czymś pomóc, pisz/ dzwoń” – pewnie nie skorzystam, ale dziękuję
  • Zaangażowanie mnie w drobna pracę, codzienne obowiązki, spacery, gdy już mam na to fizycznie siłę

Jeszcze odnośnie zaprzeczania własnej straty i spychania jej w kąt (co dość często ma miejsce w przypadku, gdy nie pozwalamy sobie na przeżycie jej, np. pod presją otoczenia) – to prosta droga do chorób psychicznych i depresji. Chcecie aby ktoś bliski wyszedł ze stanu żałoby szybko i podniósł uszy do góry? No to wtedy fundujecie mu/jej depresję.

Dwie strony, które mogę polecić, film i artykuł:

I jeszcze strona: https://www.poronilam.pl/co-dalej/jak-pomoc-po-poronieniu/

Mam nadzieję, że powoli dojdę do siebie. Na razie potrzebuję czasu.

Edit: takie filmy też pomagają:

Samookaleczanie się – jak przestać

Witajcie,

dziś temat trochę trudny dla mnie, ale pewnie trudniejszy dla wielu z Was, którzy przeszli przez samookaleczanie się. Moje depresja nie sięgnęła aż tam, jedyne co wobec siebie robiłam złego, to masakrowanie twarzy w celu „pozbycia się” niedoskonałości (w efekcie czego było jeszcze gorzej) oraz zdrapywanie strupów. I ogólnie dni niedbania o siebie, swoją dietę, wypoczynek, nadmierne spożycie alkoholu, które to zachowania też można jakoś podpiąć pod autodestrukcję.

Wracając do tematu. Zdążyłam zauważyć, że każdy moment, w którym miałam ochotę zrobić sobie coś złego, wiązał się z przeżytymi traumami i chęcią pozbycia się tych emocji, a raczej przeniesienia ich na fizyczny ból. Bach – nagle spotyka mnie sytuacja podobna do tej z odległej przeszłości, której to sytuacji nie ogarnęłam, tylko zamknęłam w sobie „na później” i uruchamiają się reakcje wręcz nieadekwatne do sytuacji obecnej. Panika, lęk, chęć ucieczki lub zranienia kogoś lub siebie. Duszności, kołotania serca, słabość, niepowstrzymany płacz – objawy typowo nerwicowe. I chęć ulżenia sobie. Np. poprzez samookaleczenie. Być może ktoś kiedyś pokazał nam, że tak można – ubiczować siebie. Być może – ten ktoś „ubiczował” nas w takiej sytuacji i nauczyliśmy się, że jest to pewien sposób na poradzenie sobie z emocjami. I wrosło to w nas na tyle, że czujemy, że zasługujemy na ból w takich sytuacjach. Ale… jest to jedynie sposób na odwrócenie uwagi od trudnych emocji, nie na pozbycie się ich, na ponowne ich zakopanie, a one i tak później wrócą. A sobie dodatkowo wyrządzamy krzywdę, tracimy zaufanie do samego siebie jeszcze bardziej, bo stajemy się swoim oprawcą.

Po sytuacji, gdy boleśnie uszkodziłam sobie żołądek na długie dni alkoholem żeby stłumić emocje, powiedziałam sobie: dość. Nie będę więcej swoim oprawcą. To, że ktoś kiedyś nim był, nie znaczy że ja mam być nim dla siebie. To mój pierwszy krok: cokolwiek by się nie działo potrzebuję zaufać SOBIE, że nie zrobię sobie krzywdy. Że nie chcę być dla siebie katem. I w każdej takiej nerwowej sytuacji, które później wiele razy przywoływały mi krzywdy z dawnych lat, zawsze miałam w głowie zapalającą się lampkę: nie zasługuję na karę, zasługuję na więcej miłości, nie będę dla siebie katem, ale obrońcą, nie skrzywdzę siebie, przeżyję to i przeczekam aż się wypłacze, aż się wybrzmi w moim życiu żebym mogła iść dalej, nie będę tego zamieniać na ból fizyczny i blizny które później musiałabym nosić na ciele. Pomaga takie mentalne „przytulenie się” i poczucie zaufania do samej siebie. Bardzo to podniosło moje poczucie własnej wartości. To, że mogłam na siebie liczyć, zaufać sobie, dać sobie potrzebny czas i przestrzeń na przeżywanie. Nie jest to łatwy proces, psychoterapia bardzo wiele mnie kosztuje bólu i nerwów, bo przez całe dziecinne i nastoletnie życie uczyłam się jak dusić w sobie, nie jak wyrażać i przeżywać, aż w końcu to zaczęło samo wypływać: w postaci chorób duszy i ciała. I właśnie, aby choć złagodzić te choroby (nerwice, depresje, jelito drażliwe), przechodzę przez ten proces i uczę się ufać sobie na nowo. Pewnie nieidealnie, ale widzę ogromny postęp w sferze emocjonalnej. Nie zawsze jest kolorowo, uroki życia, ale uczę się dopuszczać te trudne momenty do siebie, a nie je zamykać. I tego Wam życzę.

Najpierw poszukaj w swoim życiu: dlaczego chcesz się okaleczyć? Co kiedyś się stało, że chcesz wybrać taką drogę, nie inną? Kto Cię kiedyś zranił, okaleczył? Ta świadomość dużo daje. Później: podejmij świadomą decyzję że nie będziesz więcej dla siebie katem. Przerwij spiralę agresji, którą ktoś kiedyś zaczął (może nawet Ty ją zacząłeś). Powiedz: wybaczam sobie. Nie będę więcej katem dla siebie. Jestem wolny i chcę żyć. Zasługuję na miłość i na to co dobre, nie na krzywdę. Powtarzaj sobie to za każdym razem, gdy zechcesz się skrzywdzić. Już samo to, że masz w sobie oparcie i przyjaciela, który chce wysłuchać Twoich lęków, a nie je stłamsić – powinno złagodzić objawy. Zamknij oczy, odetchnij głęboko, zaufaj sobie. Wierzę, że dasz radę.

20170204_145212

Nowe życie

w-ciazy8_3281765

Tak, zostałam mamą. Już zostałam, choć maleństwo jeszcze będzie we mnie przez najbliższe miesiące. Uczucie – nie do opisania. Mieszanka radości, strachu, miłości, niepokoju, spokoju… Cały kalejdoskop uczuć. W chwili obecnej staram się zwolnić w swoim życiu, bo jest dla kogo odpoczywać. Wszystko się zmienia.

Nie sądziłam, że zajdę w ciążę tak szybko. Właściwie pół miesiąca po odstawieniu ostatniej minimalnej dawki leków. Oby nie wpłynęły na dziecko.

Mam bardzo zmienne nastroje, ale raczej wiążę je z obawami jak to będzie (i z hormonami), niż z obecnym stanem lekko depresyjnym.

Moje wczesne dzieciństwo nie było usłane różami, zastanawiam się więc jakim ja będę rodzicem. Na pewno wiem, jakim nie chcę i chcę być.

Nie chcę ignorować płaczu ani emocji dziecka. Chcę zbudować z nim pełną zaufania relację, chce go chronić przed każdym kto okaże wobec niego złe zamiary. Chcę go przytulać, nosić przy sobie ile będzie potrzebowało. Wybaczać nieprzespane noce i bałagan w domu. Być wyrozumiała, gdy będzie czegoś się dopiero uczyć i siłą rzeczy będzie nieporadne. Nie stosować przemocy fizycznej ani emocjonalnej. Wspierać, ale nie robić wszystkiego za nie. No, może na początku. Okazywać swoje emocje, ale nigdy w brutalny sposób. Pokazywać mu ile jest pięknych rzeczy na świecie. Dawać, bez zabierania sobie. Budować poczucie stabilizacji, nie chaosu. Kochać, stawiając mądre granice. Najtrudniejsze zadanie na świecie.

 

2 filmy o wrażliwości

Potęga wrażliwości (polskie napisy) – Brene Brown

Dar i moc w odwadze okazywania emocji (agnielskie napisy) – Susan David

Te dwa filmy warto obejrzeć, aby zrozumieć choć trochę jakimi prawami rządzą się emocje w ludzkim życiu. Akceptacja wszystkich emocji prowadzi do życia w pełni. Negacja i wypieranie tych tzw. „negatywnych” prowadzi do wypierania z naszego życia też tych „pozytywnych” (a raczej tych które chcemy czuć i uważa się je za pozytywne). Co prowadzi do braku emocji = depresji. Lub skumulowania stłamszonych emocji i nerwicy (emocje chcą się wydostać, robią to więc w postaci różnych objawów). Nie opowiem o temacie lepiej niż obie panie powyżej, więc wygodnie się rozsiądźcie i zapraszam do seansu.