Psychoterapia, zmiany, kościół, psychotropy…

I znów po długiej przerwie jestem.

Walczę. O każdy kolejny dzień, oddech, czucie.

Jestem w procesie zmian. Zdecydowałam się na długą psychoterapię u osoby, u której już terapię miałam, lecz przerwałam ze względu na pójście do pracy. Obecnie zdecydowałam, że terapia to priorytet. Nie mam stałej pracy, pracuję dorywczo i jako freelancer, ale jest to dla mnie o tyle korzystne, że mogę kontynuować psychoterapię i… w końcu zwolnić.

Zwolnić i zauważyć, że wcale nie zależy mi na kasie, karierze i pracy na etacie. To nie dla mnie. Dla mnie są szczęście, dobre samopoczucie, zdrowie, miłość i relacje, odpoczynek po długich latach katowania się pracą i mądra (nie wykańczająca) praca nad tym, co mogę robić.

W styczniu miałam potężny nawrót depresji. Spowodowany był zasadniczo dwiema kwestiami:

  1. Zawiodłam się na potencjalnym pracodawcy (dał mi znać, że chce mnie przyjąć, a gdy miałam już iść do pracy, wykręcał się przed pół miesiąca, a później straciłam z nim kontakt – po prostu potraktował mnie jak śmiecia (=poczucie odrzucenia), a ja miotałam się, bo nie wiedziałam, w jakiej sytuacji jestem)… w efekcie czego musiałam się przestawić myślowo na bycie freelancerem i porzucenie nadziei na etat oraz zaprzestanie szukania etatu.
  2. Dopadła mnie żałoba po dziecku po raz kolejny i lęk przed ciążą… zwłaszcza w obliczu zbliżającego się rozwiązania mojej bliskiej koleżanki.
  3. Byłam fizycznie wykończona długotrwałym zapaleniem jajników i organizm potrzebował regeneracji.

Poszłam po leki po raz kolejny, pewnie już ponad dziesiąty w historii mojej depresji. Zrozumiałam w końcu, po co są leki. Ratują życie, jak każde inne leki, gdy nasza choroba zajdzie za daleko, by organizm mógł sobie z nią sam poradzić. Okres przejściowy wchodzenia na leki był ciężki. Czułam się, jak zombie, czułam, że nie mogę płakać, co było dziwne po fontannie łez, które z siebie wylewałam wcześniej i napadach paniki. Później… stopniowo odzyskiwałam równowagę. I mogę już płakać, ale nie płaczę już tak wiele, bo nabrałam dystansu do powyższych spraw. Rozmawiam o nich na terapii, powoli przerabiam w głowie. Z leków zamierzam zejść do zera lub prawie do zera za jakiś miesiąc, bo czuję się już w miarę ok (2 miesiące brania leków psychotropowych za mną). I… planuję kolejną ciążę. Mam wrażenie, że w końcu ta ostatnia depresja pozwoliła mi w dużym stopniu pożegnać się z moim dzieckiem. Co nie znaczy, że nie ma Go w moim życiu. Bo wiem, że czuwa… Po prostu chyba poczułam w końcu w ciele, że to koniec, że nie urodzę go zdrowego, że Adaś odszedł i robi miejsce dla kolejnego dziecka…

Dzięki lekom i terapii oraz własnemu odpoczynkowi i odpuszczeniu tematu pracy – poczułam się silniejsza. Zaczęłam lepiej się odżywiać, więcej ćwiczyć (siłownia, joga, basen, spacery,…), ale też… byczyć się beztrosko oglądając seriale. Staram się równoważyć pracę i odpoczynek, co jest dla mnie jeszcze w fazie nauki, bo przeszłość równała się niekończącej się pracy z okresowymi zjazdami gdy organizm mówił dość i żądał okresu odpoczynku totalnie bez pracy. Obecnie dążę do tego, by każdego dnia mieć i jedno i drugie. By się nie zajechać. Ale też, by móc pracować, bo dzięki temu mam poczucie, że moja obecność tu jest sensowna i mogę komuś pomóc.

Jest jeszcze jedna kwestia – kościół. Jego znaczenie w moim życiu. Obecnie przechodzę duży kryzys światopoglądowy, nie chodzę do kościoła prawie w ogóle. Próbuję sobie poukładać w głowie, w co wierzę, a w co – już nie.

Nie wierzę coraz bardziej w instytucję, jaką jest kościół. Przestaję wierzyć w to, że określone religijne praktyki i wyuczone modlitwy są mi potrzebne do tego, by nie spłonąć w piekle. Przestaję wierzyć w to, że Bóg chce mnie ukarać (w a szkole jako dzieciak uczyłam się, że Bóg „za złe karze”). Przestaję wierzyć w to, że Bóg chce ukarać osoby homoseksualne i że one nie mają prawa bytu i miejsca na tym świecie, dopóki się nie zmienią. Chcę, aby były szczęśliwe w swoich związkach. I wierzę, że Bóg też chce ich szczęścia. I przez nich pokazuje nam, że dobro i zło nie są szablonowe. Wierzę wciąż, że aborcja i zabójstwo człowieka są bezwzględnym złem… I mam prawo w to wierzyć. Życie jest dla mnie święte. Nie wierzę już w bezkarność księży gwałcicieli dzieci. Nie wierzę, by celibat był potrzebny w kościele. Nie wierzę, że śpiewanie gorzkich żali mi pomoże, a wręcz – czuję, że mi szkodzi. Więc świadomie w nich nie uczestniczę. Nie wierzę, że Bóg nie może mnie zbawić poza kościołem. Jestem zmęczona listami „pasterskimi”, które wszędzie szukają zła poza… sobą i swoją nudą i zamkniętymi głowami. Wierzę, że kościół może mi pomóc, ale może być też narzędziem niesłużącym mi. I to jest ok. Wolę modlić się w ciszy, w samotności, niż we wspólnocie. Wolę modlić się, gdy nie czuję przymusu. Gdy nie czuję presji, ze stanie się coś złego, gdy się nie pomodlę (=nerwica natręctw).

Moje podejście do wiary i kościoła wciąż ewoluuje. Właściwie z wiarą nie mam problemów. Wiem, w co wierzę. W Boga, który jest nieskończoną miłością. Niestety wciąż mam wrażenie, że kościół mi w tej wierze przeszkadza. Że więcej w nim odcinania mnie od Jego miłości i że uczestnicząc w tym, co sobą obecnie reprezentuje, ja sama wspieram to odcinanie się. Nie chcę być głosem potępiającym homoseksualistów, osoby rozwiedzione czy bezdzietne. Nie chcę być głosem popierającym celibat, przenoszenie księży pedofili do innych parafii czy mówiącym, ze poza kościołem katolickim zbawienia nie ma. Dlatego sama jeszcze nie wiem, czy chcę uczestniczyć w kościele, tak jak do tej pory, czy zmienić formę wyznawania wiary na bardziej osobistą. Pokrzepił mnie tekst papieża Franciszka:

28795066_1495839323858263_5222793303573558484_n

 

Spróbuję napisać

Hej.

Przechodzę obecnie przez kolejny kryzys, kolejny nawrót. Chciałabym Wam napisać, że istnieje jakaś super metoda, która zapobiega nawrotom depresji, ale nie ma takiej. W życiu dzieją się rzeczy, które potrafią zwalić z nóg tylko dlatego, że kochaliśmy i straciliśmy. A bez kochania nie jesteśmy w pełni ludźmi.

Miewam dni, kiedy naprawdę mocno odczuwam stratę naszego dziecka. Minęły już prawie dwa lata, a ja wciąż to odczuwam. Bardzo chciałam mieć dziecko z moim mężem. Wczoraj, szukając zdjęcia mojego poprzedniego koloru włosów, natrafiłam na zdjęcie, na którym przymierzam suknię ślubną. Na tym zdjęciu najlepiej widać, jak bardzo go kocham. Mimo różnic zdań, kłótni, przeciwności, ciągłego docierania się i kryzysów, przetrwaliśmy. Mąż jest dla mnie największym wsparciem. To normalne, że chcieliśmy mieć dziecko. Miałam wątpliwości, jak odnajdę się w roli matki, i niestety – miałam wtedy zbyt dużo stresu z zewnątrz, który wzięłam na siebie, bo nie potrafiłam inaczej. Nasze dziecko odeszło.

Zobrazuję Wam to. Wyobraź sobie, że świętujesz i nagle dostajesz tort. Wspaniały tort. Zasiadasz do stołu, wąchasz go. Pachnie czekoladą i wiśniami. Tak, jak lubię. Dokładnie taki tort chciałam. Odkrawam kawałek, biorę na łyżeczkę i biorę pierwszy kęs. Jeszcze jest w moich ustach, gdy nagle ktoś wpada, strąca tort ze stołu, strąca moją porcję, i policzkuje mnie, aż wypluwam ten kawałek. Dokładnie tak czułam się dwa lata temu.

Gdy zobaczyłam, jak bije serce mojego dziecka na USG, gdy mogłam powiedzieć innym, że jestem tak radosna, bo jestem w ciąży, gdy było mi niedobrze z porannych mdłości (ale to nic!)… czułam się, jakby ktoś postawił przede mną tort i zaczynam dopiero odkrywać jego smak. Gdy miesiąc później na USG nie było bicia serca, a moja ciąża trwała nadal, a ja musiałam urodzić po tabletkach poronnych w szpitalu, włożyć to, co urodziłam do kubka po kawie i pożegnać się z tym… czułam się, jakby cały świat dał mi w twarz. A w serce wbił nóż i nim przekręcał, dla zabawy. I tak nim kręci już ponad dwa lata. Od czasu do czasu. Wczoraj, bo miałam obfity okres i przypomniało mi się krwawienie w szpitalu i trzymanie dziecka na dłoni. I ten moment, gdy ze mnie wyleciało.

Wiem, że to straszne, co piszę. Ale tak w istocie jest. Miałam wczoraj wrażenie, że nie mogę w pełni cieszyć się życiem, obecnością męża, znajomych, rodziny… bo Jego już nie ma. A ja Go chyba jeszcze nie opłakałam. Czy to kiedykolwiek nastąpi?

Później pomyślałam, że zrobię sobie tatuaż. Skrzydełka anioła na nadgarstku, abym zawsze mogła na nie patrzeć i myśleć, że On nad nami czuwa i jest mu dobrze mimo wszystko. Przynajmniej w to wierzę. Po wypłakaniu wczoraj miliona łez, przyszedł mi taki spokój i świadomość, że coś muszę pożegnać, ale też coś trzeba zacząć od nowa. Pożegnać beztroską dziewczynę, młodą żonę, która nie miała najmniejszego pojęcia, że tort zostanie jej zmieciony sprzed twarzy… a powitać kobietę, już matkę, która nie będzie już taka jak wcześniej. Może zawsze będzie jej towarzyszyć smutek, mniejszy lub większy. Może czasem będzie przechodził w ulgę, że On jest bezpieczny i czuwa. Na kolejny etap jeszcze za wcześnie.

Znalezione obrazy dla zapytania angel wings tattoo small

Wiesz, jakie mam marzenie?

Wiesz, jakie mam marzenie? Wstać rano i czuć entuzjazm do życia. Wstać, kurwa, rano i czuć, że to co chcę dziś robić napawa mnie radością, że kurwa, chce mi się żyć.

Nie chcę chodzić wiecznie zmęczona, przytłoczona obowiązkami, jak niewolniczka pięknego domu, który ciągle muszę sprzątać i jest to moja jedyna życiowa misja. Nie twierdzę, że sprzątanie jest złe. Sprzątanie pomaga czuć się lepiej w swoim domu. Czasem sprzątając ma się czas na zebranie myśli, swoistą medytację. Ale może nie o to tu chodzi. Nawet jeśli moim jedynym zajęciem miałoby być sprzątanie, chcę to kurwa robić z zajebistą radością i entuzjazmem. Jakby to była jedyna najważniejsza rzecz w danym momencie. Nie chodzi o to, aby była to czynność przyjemna, albo była wykonywana do przesady. Żadna przesada nie jest dobra. Chodzi o to poczucie, że wiem co robię, do czego dążę, mam tą zajebistą chęć posprzątania mieszkania by czuć się w nim lepiej. Robię to z wdzięcznością, że mam dach nad głową, o który mogę dbać. Tymczasem sprzątanie stało się czynnością, do której muszę się przymuszać. Dobrze powiedziane. Muszę się przymuszać. Bo jakoś przestało mi zależeć, aby dom był posprzątany. Może nie o to chodzi, że przestało mi zależeć, ale chyba wzięłam na siebie za dużo. I upadłam pod ciężarem nieswoich trosk. I nawet nie mam siły w sobie, by wykrzesać ten entuzjazm do życia, a co dopiero do sprzątania. Do myślenia, jak sobie udekorować dom na święta, co upiec, co dobrego zjeść. Nie mam nawet, kurwa siły by się cieszyć życiem. Takim skurwielem jest depresja. Zabiera siły życiowe. Albo – zabiera siły życiowe na martwienie się wszystkim złym, całym złem na tym świecie i później nie mam tych sił, by cieszyć się codziennością, chwilą tu i teraz, obiadem z mężem czy sprzątaniem. Depresja każe mi myśleć o tym, że ileś lat temu w obozach ginęli ludzie, albo zapracowywali się na śmierć, że we współczesnym świecie ludzie umierają z głodu, że matki zabijają własne dzieci, gdy inne matki starają się latami o ciążę… Depresja każe mi myśleć, że pewnie nigdy nie zrobię oszałamiającej kariery jako pisarka, bo nawet pisanie mi utrudnia. Blokuje mnie. Każe mi patrzeć na śmierć, na zniszczenie, na zło, a nie na życie, miłość i energię. Wywołuje we mnie wkurw którym niszczę siebie albo innych ludzi. Wkurw na to, że ten świat tak wygląda, a ja nic nie mogę zrobić. Że mam grzecznie pracować za najniższą krajową i nie prosić o więcej, bo więcej się kurwa w tym kraju nie da. Że mam być matką, żoną, kochanką, sprzątaczką, nauczycielką i projektantką w jednym, a że kurwa, mam być sobą i cieszyć się życiem, tego już mi do głowy deprecha nie dopuszcza. Albo to, że mam kurwa prawo odpocząć, oglądając głupkowaty serial. I nie jest to czas zmarnowany. Chyba, że oglądając ten serial uciekam od rzeczywistości, która jest zbyt trudna, bym mogła ją pomieścić w sobie. I oglądanie serialu zaczyna mi ciążyć. I zaczyna się przeginka w drugą skrajność. Od pracoholizmu do marazmu. A jakby się tak dało, kurwa, pośrodku?

Pieprzyć depresję.

Obiecuję sobie, że dołożę wszelkich starań, by były jeszcze takie dni, że sprzątam z entuzjazmem. Że patrzę z miłością na przyrodę, ludzi, zwierzęta, mojego męża i nie oceniam, tylko biorę jak jest. A co nie moje – won. Będę kurwa odczuwać radość, choćby mi to moje demony próbowały wydrzeć i mnie osaczyć. Będę kurwa odpoczywać i oglądać po jednym odcinku serialu. Albo po dwa. Będę i zaczynam to robić od dziś. Żyć tu i teraz. Brać, co jest i korzystać z tego, co jest. Nie porównywać się, bo każdy ma swoją smutną historię, jest ona po prostu inna. Fuck depression. Joy of life – I’m comming! Na przekór wszystkiemu. Nie muszę brać wszystkiego na siebie. Wszechświat jest w stanie udźwignąć to za mnie. Bóg wie co robi. Nie muszę zbawiać świata, bo został już zbawiony. Moim zadaniem jest korzystać z tego zbawienia i nie przeszkadzać w przepływie miłości. Brać i puszczać ją dalej, z nadzieją, że cały czas ją otrzymuję. I tak chcę wierzyć w Boga i w siebie. I w ten cały pokręcony świat. Wybieram życie.

76181277_1713387695464871_4845061828188831744_n

Powroty do siebie i upadki. Keanu Reeves

Chwilę mnie nie było. Trudny okres w moim życiu. Utrata stałej pracy. Mimo całkiem niezłych wyników. Przypuszczam, że było to spowodowane moimi staraniami o dziecko.

Była też próba przerobienia tematu poronienia w głowie, co sprawiało, że pogrążałam się w depresji. Wciąż ją mam. Wciąż bywają dni, gdy miewam ataki paniki, gdy nie mogę się uspokoić na wspomnienie o szpitalu i tym, co tam przeżyłam. Żyję, bo jest mąż, żyję dla niego bardziej niż dla siebie. Staram się wówczas przypominać sobie o wszystkim, co wyniosłam z terapii, a przede wszystkim o zdaniu: „Zawsze, w każdej sytuacji zasługuję na więcej miłości, nie na mniej”. Nie zawsze działa. Czasem natłok myśli jest zbyt potężny. Wtedy są ramiona męża i płacz, który koi choć na chwilę. Postanowiłam poprosić o pomoc i czekam na terapię u osoby zajmującej się tematami poronienia. Został jeszcze miesiąc czekania na tą terapię. W międzyczasie szukam pracy (zajęcie dla mnie bardzo trudne, bo stykanie się z kolejnymi odrzuceniami jest trudne) oraz staram się o dziecko… Jednak. Poczułam, że jestem gotowa, że niektóre plany można odłożyć na później, że to jest moim priorytetem – rodzina. I dbam o siebie. Trenuję. Dobrze jem. Odpoczywam. Pracuję dorywczo w zawodzie, który kocham (trener).

Nie wiem, czy ktoś z Was czytał o Keanu Reevesie, o historii jego życia? Jeśli tak, to wiecie już, że mamy wspólne doświadczenie, choć dla niego pewnie było ono bardziej bolesne, kto wie. Nie porównujmy. Strasznie imponuje mi ten człowiek. Mimo tego, co przeżył, potrafił to obrócić w dobrym kierunku, pomagać innym i przekładać swoje doświadczenia na mądrość życiową. Natknęłam się na artykuł z jego wartościowymi myślami. Przetłumaczę go i wkleję tutaj;) Miłego czytania.

Znalezione obrazy dla zapytania keanu reeves

29 Quotes By Keanu Reeves That Will Give You A Different Perspective On Life

29 cytatów od Kreanu Reeves’a, które dadzą Ci inną perspektywę na życie

„Jeśli zostałeś brutalnie skrzywdzony i wciąż masz odwagę być czułym i łagodnym wobec innych, jesteś niezłym twardzielem z sercem anioła.”

Keanu Reeves jest wybitną jednostką. Niestety, bycie gwiazdą filmów klasy A nie sprawiło, że miał łatwe życie. Jego córka umarła przed porodem, siostra zachorowała na białaczkę… – można powiedzieć, że życie go nie oszczędzało. Widział już wszystko – podróżując metrem do pracy, prowadząc anonimowe organizacje charytatywne w szpitalach…

Oto 29 cytatów aktorskiej legendy.
1. Każde życiowa przeciwność ukształtowała Cię na osobę, którą jesteś dzisiaj. Bądź wdzięczny za ciężki czas, on tylko sprawił, że jesteś silniejszy.
2. Myślę, że musi istnieć jakaś interakcja pomiędzy Twoim wcześniejszym życiem, a życiem, które prowadzisz obecnie.
3. Pojęcie śmiertelności jest zupełnie inne, gdy masz 20 lat i gdy masz 50.
4. To niezmiernie motywujące wiedzieć, że Twoja przyszłość jest w Twoich rękach.
5. Nie ma gwarancji jutra, żyj już dziś!
6. W sztuce chodzi o próbę znalezienia w ludziach tego, co dobre i uczynienia świata bardziej przyjaznym miejscem.
7. Potrzebujesz zmienić swoje życie, jeśli nie jesteś w nim szczęśliwy, przebudzić się jeśli stwierdziłeś, że sprawy nie idą w Twoim życiu tak, jak byś tego chciał.
8. Czasami wrogowie są naszymi najlepszymi nauczycielami, ludzie uczą się dzięki swoim błędom, destrukcja może oznaczać odrodzenie.
9. Żałoba zmienia swą postać, ale nigdy się nie kończy.
10. Czasami proste rzeczy są najtrudniejsze do osiągnięcia.
11. Myślę, że wszyscy możemy się zgodzić, że nawet w obliczu tragedii istota ludzka jest w stanie przetrwać. Nie ważne, co złego dzieje się w Twoim życiu, masz siłę by to przezwyciężyć. Życie jest warte przeżycia.
12. Spróbuj czasem się pomylić (zrobić coś źle), dobrze to zrobi Twojemu ego.
13. Nikt z nas nie wyjdzie z tego życia żywym [dosłownie]. Więc przestań odkładać siebie na później. Jedz dobre jedzenie. Spaceruj w słońcu. Wskocz do oceanu.
14. Jeśli zostałeś brutalnie skrzywdzony i wciąż masz odwagę być czułym i łagodnym wobec innych, jesteś niezłym twardzielem z sercem anioła.
15. Listy są czymś osobistym. Pisanie ich ma za sobą inną intencję niż pisanie e-maila.
16. Byłem wychowany, by traktować innych ludzi, tak samo jak sam bym chciał być traktowany. To się nazywa szacunek.
17. Nasze marzenia mogą nas uczyć, prowadzić, zbijać z tropu, ale warto je brać pod uwagę. Są dla nas szansą i myślę, że warto je wykorzystać, by się na nich skoncentrować i spróbować je spełnić.
18. Gdy nie czuję się wolny i nie mogę robić tego, co chcę, po prostu reaguję. Wychodzę temu naprzeciw.
19. Zawsze będę zakochany w miłości.
20. Jako gatunek (ludzie) potrafimy być całkiem ciepli i czuli. Może jest to nasza zdolność adaptacji, lub serce i dusza. Nie jesteśmy tacy źli.
21. Wielokulturowość jest prawdziwą kulturą tego świata – czyste rasy nie istnieją.
22. Jedyną osobą, która powstrzymywała mnie od szczęścia byłem ja sam.
23. Dobra randka jest wtedy, gdy jesteście sobą pijani i wszystko na świecie staje się dobre.
24. Energii nie da się wytworzyć ani zniszczyć, energia przepływa. Musi płynąć w jakimś kierunku, w jakimś wewnętrznym, emocjonalnym, duchowym kierunku. I musi gdzieś zadziałać/ wpłynąć na coś.
25. Gdy ludzie, których kochasz odchodzą, zostajesz sam. [by the way, średnio pocieszająca myśl – masz jeszcze siebie i całą resztę świata]
26. Dziękuję codziennie ziemi i niebu za szanse, które mi dają.
27. Czasami jesteśmy tak pochłonięci naszymi codziennymi obowiązkami, że zapominamy poświęcić czas na cieszenie się pięknem życia. Jakbyśmy byli zombie. Rozejrzyj się i zdejmij
słuchawki. Powiedz „cześć” do kogoś i może przytul kogoś, kto wygląda, jakby cierpiał.
28. Zwyczajna uważność może zaprowadzić Cię daleko.
29. Oczywiście wierzę w Boga i Diabła, ale nie muszą mieć długiej brody ani widłów.

 

 

 

 

List do wewnętrznego dziecka

Dzielę się cudownym znaleziskiem z internetu:

„OTWARTY LIST DO TWEGO WEWNĘTRZNEGO DZIECKA
Do dziecka, które nie mogło zrozumieć , że nikt go nie rozumiał.
Do dziecka, którego żaden dorosły nie złapał za rękę i nie powiedział mu „jesteś cudem”
Do dziecka, które wyrastało w królestwie „tego nie umiesz”
Do dziecka, które żyło w świecie „ nie wystarczy”
Do dziecka, które nie rozumiało dlaczego było bite rękami, słowami, ignorancją
Do dziecka, któremu skradziono niewinność
Do dziecka, któremu mówiono, że grzeszy, że jest złe i brzydkie
Do dziecka, które przeciwstawiało się autorytetom, które odkrywało kłamstwa wielkich ludzi
Do dziecka, które mimo wszystko nie przestawało kochać
Do dziecka, którego marzenia zostały zniszczone przez dorosłych, których marzenia też zniszczono
Do dziecka, które modliło się do księżyca i śpiewało do gwiazd aby nie zagubić się w ciemności
Do dziecko, które widziało Boga w świecącym mleczu i w listkach koniczyny
Do Miłości, którą jesteś i Ty i ja
Kocham Cię
Jesteś cudem
Twoje uczucia
Życie
Nadzieje i marzenia
One się liczą
Ktoś Cię zawiódł , ale Ty nie zawiedziesz
Ktoś spojrzał w Twoje oczy, zobaczył słońce i wystraszył się
Ktoś złamał Twoje serce, ale Twoja miłość pozostała
Ktoś zgubił swoje marzenia i myślał, że Ty je też zgubisz
Ale tak nie musi być
Ktoś powiedział Ci, że jesteś nie wystarczający
Ale Ty jesteś najdoskonalszą Boską Istotą
JESTEŚ KOCHANY”

Alison Nappi
Tłumaczenie: Elżbieta Jonscher

Znalezione obrazy dla zapytania horse and child

Clare Ahalt Photography

Powroty do przeszłości I

Przez ponad 10 lat pisałam dziennik. Od 2003 do 2016. Może nie dzień w dzień, z czasem coraz rzadziej, ale mam piękną dokumentację swojego życia na przestrzeni tych lat, choć to zaledwie wycinek. Lata nastoletnie (jestem rocznik 90.) to czas, do którego potrzebuję wrócić, aby pobyć z tą zagubioną dziewczyną, która szukała miłości, ale znajdowała tylko jej falsyfikaty. Bo sama nie umiała kochać…

Chcę wrócić do tych emocji, aby je uzdrowić. Zwłaszcza emocje dotyczące mojego ciała – byłam otyła i zanim schudłam, czułam się jak w więzieniu swojego ciała. Obecnie znów mam nadprogramowe kilogramy, może dlatego ten okres wraca do mnie we wspomnieniach. Jeszcze nagrałam do auta muzykę z tamtego czasu: ostre brzmienia Green Day, Linkin Park, The Rasmus… oraz łagodniejsze np. Wilków. I wspomnienia wracają. Te gorsze i te całkiem przyjemne, gdy czułam się królową swojego życia. Bo byłam wtedy na niezłej huśtawce, przypominającej borderline. Mam wspaniałe wspomnienia z czasu gimnazjum: zgrana klasa, ekscytujące pierwsze miłości, wartościowe znajomości przez internet, autorytety kilku wspaniałych nauczycielek, duże osiągnięcia szkolne… Ale jednocześnie: walka ze swoim ciałem, uzależnienie od gier komputerowych, chęć odcięcia od problemów rodzinnych i biedy, przerażająca samotność (odcięcie emocjonalne rodziców), powtarzające się odrzucenia ze strony osób, które „kochałam” i głodzenie się…

Gdy czytam swoje „wyrzygiwanie się emocjonalne” na kartki papieru, wiem, że to tylko wycinek, że to te najgorsze rzeczy, które ze mnie wyłaziły i nie znajdywały ujścia gdzieś indziej, dlatego były przelewane na papier. Ale właśnie na ich podstawie wyłania mi się obraz siebie i jakby z boku, z perspektywy dorosłej mnie, mogę spojrzeć na siebie z tamtego czasu obiektywnie i zauważyć coś, czego wtedy nie widziałam. A jest tego cholernie wiele, cholernie wiele trudnych spraw…Na przykład:

Osądzanie ludzi, przyklejanie im łatek – silny rys narcystyczny (wręcz rzucanie w ludzi obelgami na papierze). Udawanie obojętności, tłumienie uczuć i wypieranie – niszczenie siebie w ten sposób. Silne poczucie winy – na tle własnej seksualności i własnej osoby w ogóle – przy tym fanatyzm religijny połączony z silnym lękiem przed karą. Pracoholizm i perfekcjonizm szkolny (dużo piszę o stresie związanym ze szkołą, ocenami). Huśtawka uczuciowo-miłosna w kierunku kilku chłopaków na raz i uzależnianie swojego samopoczucia od tego, czy któryś przychylnie na mnie spojrzał.  Odcinanie się od swoich uczuć, zwłaszcza od smutku (bo nie był akceptowany w domu), pisanie bardziej o wydarzeniach. Ciągłe zwracanie uwagi na swoją wagę i „brzydotę”, traktowanie ich jako wymówkę, dlaczego nie mogę sobie nikogo znaleźć i nikt mnie nie chce, ale też ciągłe dołowanie się nimi, dokopywanie sobie. Ucieczka w wirtualne życie i znajomości (z jedną osobą potrafiłam mieć udaną relację przez gadu-gadu, a w realu mówić sobie tylko „cześć”, bo tak bardzo bałam się więcej). Szukanie sobie drugiej matki – tej od emocji (Gabrielo, pozdrawiam Cię jeśli to czytasz:))…

Pewnie znajdę jeszcze wiele i coraz bardziej mnie to przeraża, w jakiej patologii żyłam i jak sobie z tym musiałam radzić, jak wielki ciężar był na mojej głowie: presja by się wybić, odkuć finansowo (kładziona na mnie przez dorosłych oraz przez obserwowanie biedy). Z tego wszystkiego wyłania się jedno: wielki głód miłości. Takiej prawdziwej – nie zawłaszczającej, nie racjonalnej (bo trzeba z kimś być), ale takiej akceptującej i ciepłej. I niewymuszonej. Bardzo mi jej wtedy brakowało. Rodzice byli zapracowani, gonili za pieniądzem, którego wtedy nam brakowało, ale może nie aż tak mocno, jak tego czasu, by prawdziwie porozmawiać. W pewnym momencie te prawdziwe rozmowy ograniczały się do wybuchów (raz na jakiś czas) tłumionych we wszystkich emocji, a tego się bałam. Tego ogromu smutku, złości, który wychodził w rodziców w takich momentach. Na co dzień – nie rozmawialiśmy. Raczej pierdoliliśmy. O pierdołach. „Jak było w szkole? – Dobrze, dostałam szóstkę.” Koniec. Nie chcę tak więcej.

Obiecuję sobie patrzeć codziennie w lustro i mieć te 15 minut dziennie na rozmowę z sobą. Na wysłuchiwanie siebie, także tej Ani sprzed 15 lat, w której zionęła wielka czarna dziura – pustka braku miłości. Nawet, jeśli będzie to boleć. Nawet jeśli ogrom tych emocji chwilowo mnie przytłoczy. Nawet jeśli będę czuć wręcz fizyczny ból. Nie pozwolę sobie tłumić tego. Nigdy więcej.

Zostawiam Was z piosenką Hurtu, która chyba jest najlepszym podsumowaniem tego wpisu.

 

 

Niepokojące zatrzymanie w biegu.

Na co dzień mam poczucie, że jestem wielce niezbędna, aby cały świat jakoś funkcjonował, także mój. Codzienna gonitwa – 5:30-wstać, 6:30 pociąg ido pracy, w pracy pełne obroty, bo przecież nawet chwila odpoczynku niewskazana, 16 – pociąg powrotny i przed 17 jestem w domu. Gdzie kolejne obowiązki – pranie, sprzątanie, gotowanie. Dodatkowo muszę dbać, by jakoś wyglądać i się nie roztyć, więc dochodzą zajęcia fitness i inne aktywności.

Wczoraj oczy zamykały mi się po odwiedzinach świątecznych. Zamknęły o 18 i spałam 15 godzin. Dziś – chill. Film, jedzenie i seks (w końcu!)… I  czuję niepokój. Wielki niepokój. Że jak to… nagle taka pustka. Przecież ja MUSZĘ coś robić.

Wcale, kurde, nie muszę. Dziś leżę i pachnę. Mam do tego absolutne prawo. Szkoda tylko, że mój mózg postrzega to jako zagrożenie. I jak tu odpocząć, gdy ściska w gardle?… Może ktoś ma sposoby na pracoholizm?…

Nie ma idealnego dzieciństwa

Każdy z nas jest albo DDD albo DDA. W minimalnym, większym, lub całkiem sporym stopniu. Każdy z nas miał choć trochę spaprane dzieciństwo. I wina leży tam gdzie leży – w odpowiedzialności rodziców (albo osób postronnych, wujków, nauczycieli, innych dzieci), którzy jednak… często nie zdają sobie sprawy, że coś spaprali, bo dla nich to było coś oczywistego żeby np. uderzyć dziecko. Bo sami byli bici. Kwestia zadania sobie pytania: dlaczego było tak i tak, jak się z tym czuję i co chcę zmienić?

To ciągnie się pokoleniami. Nie wierzę już w to, że zdołam być idealną matką, bo drzemie we mnie mnóstwo podświadomych zranień, ale wierzę w to, że mogę być lepszą matką jeśli nad sobą popracuję i stawię czoła swoim „demonom” (czyt. nieprzepracowanym traumom i schematom, które negatywnie wpływają na komfort mojego życia). Nie wypuszczam też dziecka do hermetycznie dobrego świata, ale do świata, gdzie choćby inne straumatyzowane dziecko będzie miało na moje wpływ. Niektórzy twierdzą – po co czytać poradniki dla rodziców (poradniki w ogóle), przecież wystarczy, że będę kochać. Otóż samo kochanie to już dużo. Ale mądre kochanie to już skarb. Czasem wydaje nam się, że zadajemy ból (czyt. bijemy np.) z miłości. A tak naprawdę tu nie ma grama miłości, tylko własna trauma. Dlatego czytam (i przesiewam) poradniki. I coraz bardziej dociera do mnie, że wychowanie to szukanie złotego środka pomiędzy pozwalaniem dziecku na wszystko, a zabranianiem mu wszystkiego. Pomiędzy stawianiem granic, a dawaniem luzu i wolnego wyboru. Pomiędzy łagodnością, a stanowczością.

Obecnie jestem wciąż w procesie reparentingu – mądrego dawania sobie tego, czego zabrakło w moim wychowaniu i przepracowywaniu traum. Zlokalizowałam pewne trudne źródła tych traum, które chciałam przepracować i od kwietnia zaczynam w towarzystwie Terapeutki. Wiem, że bez tego nie zdecyduję się na kolejne dziecko, mimo, że bardzo tego chcę. Czasem lepiej poczekać, żeby nie puszczać czegoś dalej. Jestem też w trakcie uzdrawiania ciała przy pomocy akupunktury i medycyny chińskiej u kolejnej Dobrej Duszy i widzę, że przynosi to skutki.

Wiosna się zaczęła, czuję przypływ sił i dosłoneczniam się, ile mogę. Dobrego dnia wszystkim! 😉

A o temacie DDD jeszcze napiszę.

Znalezione obrazy dla zapytania ddd dziecko

 

Walczę z bólem

Kochani;)

Dawno mnie tu nie było. Dużo zmian zachodzi w moim życiu. Po raz pierwszy wychodzę na zawodową prostą i nie jest łatwo, bo łączę dwa zawody i z tego powodu mam mało czasu dla siebie. I na pisanie. Dziś wyjątkowo – jestem w domu, choruję na gardło i mam chwilę, by napisać.

Jestem zdumiona, jakie postępy wykonały się w mojej głowie pod względem niewyrzucania sobie choroby. Po prostu wzięłam wolne, chorobowe. Dawniej martwiłabym się ogromnie, że mnie zwolnią, że powinnam wziąć pracę do domu, z chorym gardłem chodzić do pracy… Obecnie jest jeszcze echo mojego wewnętrznego krytyka, ale wszystko zbijam argumentem: przecież nie mam na to wpływu. Zaatakował mnie wirus i jak każdy człowiek potrzebuję wyleczyć się, dojść do siebie i potrzebuję na to czasu. To jest moje prawo, a nie widzimisię. I większość zmartwień i katowania się – odchodzi. A ja w końcu miałam czas, by obejrzeć dobry film, zrobić sobie paznokcie czy poczytać. I socjalizuję się z moim nowym kotem (zaadoptowałam kociaka! :D).

Bardzo potrzebuję jeszcze znaleźć na co dzień tą równowagę między pracą, a odpoczynkiem, bo to trochę kuleje, zwłaszcza, że robię czasowo na 1,5 etatu.

Niestety doszedł do mnie problem zdrowotny, z którym zmagam się od dłuższego już czasu, którego nie rozumiem i na temat którego nic nie wiem: chroniczne bóle w jednym miejscu. Oby wkrótce w wyniku badań wszystko się wyjaśniło, bo jeśli chodzi o podstawowe badania – jestem okazem zdrowia. Przypuszczam, że czynnik psychiczny ma tu dużo do powiedzenia i choć czuję się lepiej – dobrze byłoby jeszcze pójść na terapię uzupełniającą, na co nie mam aktualnie przestrzeni. Ale w końcu pójdę 😉 A przynajmniej wezmę kilka sesji na skype.

Czy ktoś z Was zmagał się z bólami niewiadomego pochodzenia? Nie mięśni, nie kości, ale bólami od nerwów? Oby to nie była fibromialgia…

Nie szukam sobie chorób, to w jakiś sposób one mnie dopadają. Zastanawiam się jaki związek ma to z tym, że w dzieciństwie głównie uwagę poświęcano mi, gdy bywałam chora? Albo – może mój organizm mówi mi w ten sposób, że potrzebuje więcej uwagi i czułości, delikatności i opieki? Latanie po lekarzach jest niestety mało przyjemne i niewiele pokazuje. A ja nieraz czuję się jak dr House ze swoim bólem – niezrozumiana i traktowana jak hipochondryk.

 

2018 goodbye

Znalezione obrazy dla zapytania face tears

Taki był mój 2018. Pełen łez. Dziś w końcu znów sobie na nie pozwoliłam. Moje ciało znów się wytrzęsło w płaczu. Mam wrażenie, że z tym bólem będę żyć już zawsze. Bo co zdoła ukoić ból matki, która straciła dziecko? Ja jeszcze nie wiem. Mogę go przykrywać, poklepywać, udawać twardą, a i tak wystarczy drobny bodziec, jak film czy rozmowa z ciężarną koleżanką, by łzy płynęły od nowa.
Straciłam ciążę w 12 tygodniu. Zostałam zwolniona po tym z pracy. Wyrzucam sobie do dziś, że pracowałam w trakcie ciąży, prowadziłam fitness (zajęcia słabsze ale jednak). Będąc na zwolnieniu lekarskim, gdyż dałam się wkręcić w chory układ w pracy (pracować na zwolnieniu „bo nie mam jak opłacić ci zusu”). Moja pracodawczyni do dziś nie złożyła wniosku w urzędzie o przyznanie mi urlopu macierzyńskiego, który u niej złożyłam po rozpoznaniu płci dziecka (chłopiec) i pogrzebie. Nie wiem, czy urodzę jeszcze dziecko, bo mam problem genetyczny, kolejna ciąża musiałaby być na lekach.
W ciągu tego roku słyszałam mnóstwo słów od innych kobiet, które były kojące i pocieszające, ale o wiele więcej było głosów takich jak poniższe:
„Jesteśmy kobietami, musimy cierpieć bardziej w tym życiu” – moja mama
„Będziecie mieli kolejne, nie ma co płakać, uspokój się” – moja była szefowa, która poroniła 2 razy
„Jeszcze zostaniesz mamą” – czyli właśnie nią nie zostałam?
„Musisz żyć dalej” – tak? muszę? tylko jak, może mi powiesz?
„Kolejne dziecko ci wszystko wynagrodzi” – a może tego nie chcę? Kolejne nie będzie już moim Adasiem.
„…” czyli NIC – tyle usłyszałam o temacie poronień na kursie przedmałżeńskim.
Mam żal, że w takiej kulturze wyrastam, że kobiety muszą czuć się winne i przyklepywać banałami tragedię, która wydarzyła się w ich życiu. Bo dla każdej jest to taka tragedia, że rozrywa się serce. Że muszą być silne i od razu zachodzić w kolejną ciążę, zanim jeszcze opłaczą stratę. Bo już lata gonią, bo wszystkie koleżanki są w ciąży, bo wypada. Że mówi się o tych dzieciach: „To nie było nawet dziecko”, „Lepiej że umarło, bo pewnie było chore. Później byś się męczyła”. Mam ochotę splunąć w twarz komuś, kto to mówi i powiedzieć otwarcie:
Dla mnie to był najdroższy człowiek na świecie. I jest mi tak żal, jak nigdy nie było, że go już z nami nie ma. I nie jestem w stanie pogodzić się z tym, że mogłam mu zaszkodzić. Ani z tym, że go już nie zobaczę, nie będę wiedzieć, jaki ma głos, do kogo jest podobny. Dla mnie zawalił się świat. Uszanujcie to i nie każcie mi brać się w garść, zanim nie będę na to gotowa.