Leczenie wewnętrznego dziecka

Praca, którą zajmuję się w większości sama. Z pomocą filmów na youtube, książek, artykułów. Dziś mam wrażenie wykonałam ważny krok do przodu. Posłuchałam swoich emocji z wczesnego okresu dziecięcego. Wypłakałam je, wyżaliłam się (na głos, w zamkniętym aucie)… Może choć trochę zeszły. Pomagają mi bardzo medytacje takie, jak ta:

Wyobrażam sobie siebie jako niemowlę, dziecko, (ogólnie na etapie życia, gdy coś poszło nie tak), staram się je wewnętrznie przytulić, jednocześnie dopuszczając emocje, które się w tym dziecku pojawiają, aby je uwolnić.

U mnie, w moim wewnętrznym niemowlęciu, pojawiło się dziś dużo poczucia opuszczenia, lęku przez złością mamy i wołania: mamoooo! Aby ona przyszła i zaspokoiła moje potrzeby: czułości, miłości, ciepła. Aby do mnie mówiła, szeptała, rozmawiała, była łagodna.

Ale moje emocje z okresu wczesno-dziecięcego mówią mi, że tak nie było. Że często leżałam w łóżeczku i byłam pozostawiana sama sobie, do wypłakania się, a wszyscy dorośli byli zajęci wielce ważnymi sprawami, np. pracą, próbą przetrwania w biedzie. Moje emocje mówią mi, że bałam się agresji mamy, że jednocześnie bardzo jej potrzebowałam i bałam się. I była tylko wtedy, gdy naprawdę działo się coś bardzo złego, np. byłam chora. Że zawsze ślizgała się gdzieś po powierzchni, nie patrzyła mi w oczy, nie nawiązywała ze mną prawdziwej relacji. Jakbym była w jej życiu tylko kolejnym ciężarem, który trzeba utrzymać, a nie darem ani błogosławieństwem. A nie przyjacielem i kimś ważnym.

Jakże ciężko mi to odczarować teraz, gdy w mojej głowie toczy się walka, już nie o uwagę mamy, ale o uwagę i czułość od samej siebie. Przez lata dawałam sobie tylko to, czego się od niej nauczyłam. Nie słuchałam siebie, sygnałów ze swojego ciała. Dopiero na studiach zaczęłam się bardziej w siebie wsłuchiwać, gdy pojawiły się pierwsze dolegliwości nerwicowe. Moje wewnętrzne dziecko już nie krzyczy – ono wyje. Wyje o uwagę i odrobinę ciepła. Jest mi go cholernie żal. I chcę mu pomóc. Mogę to zrobić. Teraz mogę. Mogę dawać sobie to, czego nie otrzymałam. Ale potrzebuję też uznać stratę, że wtedy w określonym momencie życia nie dostałam tego, co było dla mnie tak cholernie ważne (wybaczcie język, piszę w emocjach). Że byłam traktowana jak dopust boży, jak natrętna mucha, od której trzeba się oganiać. A nie jak dziecko, które płacze, bo coś już bardzo potrzebuje. Płacz dziecka pewnie drażnił moją mamę, bo przypominał jej o własnym wewnętrznym dziecku, które również wyło z rozpaczy chowania się w zimnym domu.

Zimny chów. Nieraz, gdy kupuję jajka z wolnego wybiegu, myślę, że ta decyzja nie była przypadkowa, bo tak bardzo rani mnie myśl o więzionych zwierzętach, pozbawionych słońca, relacji ze sobą, przestrzeni. Ja chyba byłam taką klatkową kurą, trzymaną tylko dla korzyści, bo wymagano ode mnie wiele na polu naukowym, a potem zrobienia kariery itd. Nie udało się, wszystko runęło jak domek z kart. Może żeby mi uświadomić, że to nie były MOJE oczekiwania. Że ja z całej siły pragnęłam być kochanym dzieckiem. Nie docenianym za to, co robi. Ale kochanym bez względu na to, w jakim dole życiowym się znajduje.

child

Kto mi pomaga wrócić do siebie

Hej! Dzisiaj chciałabym podrzucić Wam kilka namiarów na dobre terapeutyczne treści w internecie. Mogą być one uzupełnieniem terapii, albo, gdy nie macie możliwości podjąć terapii, mogą Wam pomóc w autoterapii. Dziękuję Bogu za wszystkie te osoby, które podejmują tak trudne tematy, zwłaszcza, że ich podejście jest nowatorskie i nieraz wyprzedzające tradycyjne terapie, a jednak – to działa. I działa do głębi. Powrót do wewnętrznego dziecka, relacje z narcystycznymi osobami, przemoc w dzieciństwie, dda, ddd, zespół stresu pourazowego, traumy,… to tylko część tematów, z którymi mierzą się dane osoby. Warto ich posłuchać, odnieść do swojego życia przez autorefleksję, a potrafi to naprawdę uczynić przełom w myśleniu.

  1. Fenix z popiołów – Viola

https://www.facebook.com/Fenix-Z-Popio%C5%82%C3%B3w-211354199604073/

O mnie

https://www.youtube.com/channel/UC6_Ccw3aVSYZseBKAGkLj5w

Viola podejmuje tematy związane głównie z toksycznymi relacjami i narcyzmem, ale nie tylko. Prowadzi grupę wsparcia na FB „Wolni od toksycznych relacji”. Ma dar opowiadania konkretnie i z pasją o powrocie do siebie.

2. Magdalena Szpilka

https://www.facebook.com/Magdalena.Szpilka/

https://magdalenaszpilka.com/

https://www.youtube.com/user/MagdalenaSzpilka

W ciepły i przyjazny sposób opowiada o toksycznych związkach, traumach z dzieciństwa, kontakcie z wewnętrznym dzieckiem, zdrowym wychowywaniu dzieci, emocjach.

3. Wilczycą być – Justyna Czekaj

https://www.facebook.com/wilczycabyc/

https://wilczycabyc.com/

https://www.youtube.com/channel/UCbJvgiMARJEV0g_fHiqUG1g

Ogromne źródło wiedzy o emocjach, wychodzeniu z traum, stresie pourazowym, toksycznym dzieciństwie, leczeniu matczynej rany.

4. Kasia Sawicka

https://www.youtube.com/channel/UC4FfcWV91rhP00dur0XiZzg

Wideoblog o wychowywaniu dzieci, toksycznych relacjach, relacjach z samym sobą, ogromne źródło wiedzy psychologicznej.

5. Świadome życie! Odkryj i pokochaj Siebie

https://www.facebook.com/madziowypl/

http://madziowy.pl/

https://www.youtube.com/channel/UCoyJL2is3uGkvePJ76RFwiA

Źródło cennych dochodzeniu do siebie, kontakcie z wewnętrznym dzieckiem, dda, ddd.

6. Hania Es

https://www.youtube.com/channel/UCFy7ma1sBS3OrrPUemKVrSw

Młoda studentka psychologii która na własnej skórze doświadczyła problemu z depresją. Nieco ekscentrycznie, ale z energią i sercem opowiada o zagadnieniach związanych ze zdrowiem psychicznym.

 

Na większości powyższych stron istnieje możliwość kontaktu na zasadzie rozmów na skype w celach terapeutycznych. Strony te prowadzą też głównie osoby, które same w swoim życiu uporały się z traumami z dzieciństwa i pomagają w tym innym. Polecam gorąco!

worthy

 

Ślady przemocy

Chyba nie ma wśród nas kogoś, kto nie doświadczyłby przemocy. Fizycznej, psychicznej. Jej doświadczenie na wczesnym etapie życia może w nas wsiąknąć na lata i powodować problemy z ciałem i psychiką w późniejszych etapach życia. I zwykle tak się dzieje. Trudny to temat, dla mnie też, gdyż przemocy doświadczyłam ze strony matki. I ze strony rówieśników w szkole. Ale jest rodzaj przemocy, który zostawia szczególne piętno i o nim artykuł poniżej, bo sama nie napisałabym tego lepiej.

http://www.psychologiawygladu.pl/2015/08/ciao-pamieta-konsekwencje-molestowania_6.html?m=1

Nie wiem, dlaczego temat budzi tak ogromny napływ trudnych emocji we mnie. Szczęśliwie nie byłam ofiarą przemocy na tle seksualnym. Ale można powiedzieć, że doświadczyłam podobnych emocji, jak ofiary tej przemocy (pewnie nie w takim stopniu nasilenia), gdyż były pewne niepokojące zdarzenia na tym tle w moim życiu. Może kiedyś podzielę się tym publicznie, jeśli uznam, że to komuś pomoże.

Co warto wiedzieć: nie jesteśmy sami. Szukajmy pomocy i wsparcia, nawet jeśli chwilowo wydaje nam się, że inni są tak samo źli i tylko zamierzają nas skrzywdzić.

Poroniłam… Nie mów mi tych rzeczy

Figurki i elementy dekoracyjne Parastone FIGURKA EMOTION - DZIECKO NA DŁONI - Dotyk (To hold) - biała

Bardzo trudny dla mnie wpis. Pod koniec I trymestru dowiedziałam się, że noszę martwe dziecko. Od 3 tygodni pewnie serce nie biło, choć widziałam je wcześniej bijące na USG. W czasie tych 3 tygodni były Święta, powiedzieliśmy wielu osobom, że spodziewamy się dziecka. W pracy, w której mam kontakt z ludźmi też wiele osób się dowiedziało, bo moje obowiązki zostały mocno okrojone (pracuję fizycznie). Mieszkam też na wsi i rozniosło się to pewnie błyskiem. Ale to nieważne. Ważne, że pojechałam na USG z mężem i spodziewaliśmy się już oboje ujrzeć rosnące dzieciątko (które powinno mieć już 6 cm), a zamiast tego ujrzeliśmy martwe, niespełna jednocentymetrowe dziecko. Pani ginekolog była bardzo delikatna i taktowna w tej trudnej chwili. Skierowała mnie do szpitala, gdzie poszłam na następny dzień. Spotkało mnie tzw. poronienie chybione. Dziecko umiera, a ciąża trwa dalej, miałam normalne objawy, rósł mi brzuch, piersi, miałam różne smaki jak wcześniej. Prowadziłam zdrowy tryb życia, dużo się ruszałam i nic nie zapowiadało, że dziecko nie żyje… W szpitalu przeżyłam swoje. Zaznaczę jeszcze, że niemal wszytkiego o procedurze i naszych prawach do pochowania dziecka dowiedzieliśmy się z internetu i od koleżanek na sali, nikt nam nie powiedział w szpitalu, czego się spodziewać. Kilka dni czekałam na podanie leków poronnych, gdyż wyszła mi niewielka infekcja bakteryjna. W międzyczasie na oddziale obok rodziły się dzieci, słyszałam krzyk kobiet rodzących i potem krzyk dzieci i pękało mi serce, bo ja się tego nie doczekam. W końcu doczekałam się poronienia (podania tabletek poronnych, bo moje ciało dalej uznawało, że jestem w ciąży). Była ze mną mama, był mąż w tym dniu i dzięki nim jakoś przetrwałam krwawienie i oczekiwanie na urodzenie dziecka. Najgorszy moment – prawie urodziłam je do toalety, gdy poszłam na siku, po prostu wtedy wyciekło ze mnie. Uratowałam je własnymi dłońmi, gdy czułam, że wychodzi. Położyłam na liglinę i zawołałam męża, żeby poszedł do położnych po kubek, gdzie miałam zebrać szczątki do badań (histopatologiczne w szpitalu i następnie prywatnie zdecydowaliśmy się na genetyczne). Myślałam, że przyjdzie pielęgniarka i zabierze szczątki (łożysko i moje dziecko), ale dostałam tylko kubek. I własnymi zakrwawionymi dłońmi przenosiłam łożysko, a potem moje maleństwo (miało około 1 cm) do tego kubka. Byłam w takim szoku, że emocje wyłączyły się wtedy, dopiero potem przyszły i widok mojego dziecka ciągle miałam przed oczami. Może dla niektórych jest straszne, co pisze, ale może pomoże zrozumieć osobom w podobnej sytuacji, co się wtedy dzieje, jak to przebiega. Później czekałam do późna (do około 22, czekaliśmy na lekarza) na zabieg łyżeczkowania (czyli wyczyszczenia macicy z resztek, aby później nie doszło do powikłań przy kolejnych ciążach), który miałam na szczęście w całkowitej narkozie. Rano wypuszczono mnie do domu. Pewnie po badaniach czeka mnie jeszcze pogrzeb dziecka, nadanie mu imienia w urzędzie (bo tak zdecydowaliśmy, na razie nie sposób było określić płci bez badań), i inne zusowsko-papierkowe sprawy. A później pewnie szukanie nowej pracy, jakoś trudno mi będzie zostać w tej, w której byłam (także ze względu na postawę szefowej), nie wiem jak się to potoczy. Na razie nie minął nawet tydzień. Spotkałam się z wieloma reakcjami ze strony rodziny i znajomych, którym mówiłam o stracie. Dziś chciałam napisać, czego nie mówić kobiecie, która straciła dziecko, bez względu na to, czy było małe, czy duże. Po prostu świeżo po utracie takie słowa dodatkowo wbijają nóż w serce i dają poczucie, że odbiera mi się prawo do przeżycia mojego cierpienia.

  • „40 procent ciąż tak się kończy” – serio… nie pociesza mnie, że kobiety tracą swoje dzieci, naoglądałam się takich wiele w szpitalu, nasłuchałam się płaczu i lamentów, gdy któraś dowiadywała się, że dziecko umarło, to mnie nie pociesza
  • „Jeszcze będziesz miała zdrowe dzieci” – teraz o tym nie myślę, myślę o tym, które odeszło, nie chcę zapełniać rany po nim innym dzieckiem
  • „Za 3 miesiące możecie już się starać o nowe” – nie chcę nawet o tym myśleć, na razie przeżywam stratę tego dziecka i stratę marzeń po nim
  • „Wiem, co czujesz” – nawet jeśli przeżywałaś poronienie, nie wiesz konkretnie jak ja to przeżywam: jestem inną osobą i moje dziecko nie było twoim, czuję co innego, nie umniejszaj mojego cierpienia
  • „Przecież to był płód, to nie było dziecko” – … pozostawię bez komentarza
  • „Głowa do góry, ciesz się że teraz a nie w 20 tygodniu, kiedy musiałabyś je urodzić” – jakoś nie widzę powodu do cieszenia się, także z tego, że widziałam kobiety w szpitalu, które musiały istotnie rodzić swoje martwe dzieci później
  • „Urodziłabyś chore dziecko i wtedy dopiero byłby problem” – …

Ogólnie, ludzie, proszę. Dajcie mi przeżyć moje cierpienie. Dajcie mu się wypalić. Nie chcę go chować, chcę je wypłakać, chcę aby moje dziecko miało godny pogrzeb, ono było dla mnie człowiekiem od samego początku, kimś ważnym i kochanym, nawet jeśli dopiero uczyłam się je kochać.

Co mi pomogło:

  • „Możesz mi o tym mówić, możesz się wypłakać jeśli potrzebujesz” – taka postawa męża i kilku znajomych
  • „Razem przez to przejdziemy” – i przechodzimy, razem z mężem
  • „Przykro mi” – po prostu
  • „Twoje dziecko żyje i jest w niebie” – słowa księdza
  • „Potrzebujesz czasu” – tak, potrzebuję go
  • „Jeśli mogę ci w czymś pomóc, pisz/ dzwoń” – pewnie nie skorzystam, ale dziękuję
  • Zaangażowanie mnie w drobna pracę, codzienne obowiązki, spacery, gdy już mam na to fizycznie siłę

Jeszcze odnośnie zaprzeczania własnej straty i spychania jej w kąt (co dość często ma miejsce w przypadku, gdy nie pozwalamy sobie na przeżycie jej, np. pod presją otoczenia) – to prosta droga do chorób psychicznych i depresji. Chcecie aby ktoś bliski wyszedł ze stanu żałoby szybko i podniósł uszy do góry? No to wtedy fundujecie mu/jej depresję.

Dwie strony, które mogę polecić, film i artykuł:

I jeszcze strona: https://www.poronilam.pl/co-dalej/jak-pomoc-po-poronieniu/

Mam nadzieję, że powoli dojdę do siebie. Na razie potrzebuję czasu.

Edit: takie filmy też pomagają:

Samookaleczanie się – jak przestać

Witajcie,

dziś temat trochę trudny dla mnie, ale pewnie trudniejszy dla wielu z Was, którzy przeszli przez samookaleczanie się. Moje depresja nie sięgnęła aż tam, jedyne co wobec siebie robiłam złego, to masakrowanie twarzy w celu „pozbycia się” niedoskonałości (w efekcie czego było jeszcze gorzej) oraz zdrapywanie strupów. I ogólnie dni niedbania o siebie, swoją dietę, wypoczynek, nadmierne spożycie alkoholu, które to zachowania też można jakoś podpiąć pod autodestrukcję.

Wracając do tematu. Zdążyłam zauważyć, że każdy moment, w którym miałam ochotę zrobić sobie coś złego, wiązał się z przeżytymi traumami i chęcią pozbycia się tych emocji, a raczej przeniesienia ich na fizyczny ból. Bach – nagle spotyka mnie sytuacja podobna do tej z odległej przeszłości, której to sytuacji nie ogarnęłam, tylko zamknęłam w sobie „na później” i uruchamiają się reakcje wręcz nieadekwatne do sytuacji obecnej. Panika, lęk, chęć ucieczki lub zranienia kogoś lub siebie. Duszności, kołotania serca, słabość, niepowstrzymany płacz – objawy typowo nerwicowe. I chęć ulżenia sobie. Np. poprzez samookaleczenie. Być może ktoś kiedyś pokazał nam, że tak można – ubiczować siebie. Być może – ten ktoś „ubiczował” nas w takiej sytuacji i nauczyliśmy się, że jest to pewien sposób na poradzenie sobie z emocjami. I wrosło to w nas na tyle, że czujemy, że zasługujemy na ból w takich sytuacjach. Ale… jest to jedynie sposób na odwrócenie uwagi od trudnych emocji, nie na pozbycie się ich, na ponowne ich zakopanie, a one i tak później wrócą. A sobie dodatkowo wyrządzamy krzywdę, tracimy zaufanie do samego siebie jeszcze bardziej, bo stajemy się swoim oprawcą.

Po sytuacji, gdy boleśnie uszkodziłam sobie żołądek na długie dni alkoholem żeby stłumić emocje, powiedziałam sobie: dość. Nie będę więcej swoim oprawcą. To, że ktoś kiedyś nim był, nie znaczy że ja mam być nim dla siebie. To mój pierwszy krok: cokolwiek by się nie działo potrzebuję zaufać SOBIE, że nie zrobię sobie krzywdy. Że nie chcę być dla siebie katem. I w każdej takiej nerwowej sytuacji, które później wiele razy przywoływały mi krzywdy z dawnych lat, zawsze miałam w głowie zapalającą się lampkę: nie zasługuję na karę, zasługuję na więcej miłości, nie będę dla siebie katem, ale obrońcą, nie skrzywdzę siebie, przeżyję to i przeczekam aż się wypłacze, aż się wybrzmi w moim życiu żebym mogła iść dalej, nie będę tego zamieniać na ból fizyczny i blizny które później musiałabym nosić na ciele. Pomaga takie mentalne „przytulenie się” i poczucie zaufania do samej siebie. Bardzo to podniosło moje poczucie własnej wartości. To, że mogłam na siebie liczyć, zaufać sobie, dać sobie potrzebny czas i przestrzeń na przeżywanie. Nie jest to łatwy proces, psychoterapia bardzo wiele mnie kosztuje bólu i nerwów, bo przez całe dziecinne i nastoletnie życie uczyłam się jak dusić w sobie, nie jak wyrażać i przeżywać, aż w końcu to zaczęło samo wypływać: w postaci chorób duszy i ciała. I właśnie, aby choć złagodzić te choroby (nerwice, depresje, jelito drażliwe), przechodzę przez ten proces i uczę się ufać sobie na nowo. Pewnie nieidealnie, ale widzę ogromny postęp w sferze emocjonalnej. Nie zawsze jest kolorowo, uroki życia, ale uczę się dopuszczać te trudne momenty do siebie, a nie je zamykać. I tego Wam życzę.

Najpierw poszukaj w swoim życiu: dlaczego chcesz się okaleczyć? Co kiedyś się stało, że chcesz wybrać taką drogę, nie inną? Kto Cię kiedyś zranił, okaleczył? Ta świadomość dużo daje. Później: podejmij świadomą decyzję że nie będziesz więcej dla siebie katem. Przerwij spiralę agresji, którą ktoś kiedyś zaczął (może nawet Ty ją zacząłeś). Powiedz: wybaczam sobie. Nie będę więcej katem dla siebie. Jestem wolny i chcę żyć. Zasługuję na miłość i na to co dobre, nie na krzywdę. Powtarzaj sobie to za każdym razem, gdy zechcesz się skrzywdzić. Już samo to, że masz w sobie oparcie i przyjaciela, który chce wysłuchać Twoich lęków, a nie je stłamsić – powinno złagodzić objawy. Zamknij oczy, odetchnij głęboko, zaufaj sobie. Wierzę, że dasz radę.

20170204_145212

2 filmy o wrażliwości

Potęga wrażliwości (polskie napisy) – Brene Brown

Dar i moc w odwadze okazywania emocji (agnielskie napisy) – Susan David

Te dwa filmy warto obejrzeć, aby zrozumieć choć trochę jakimi prawami rządzą się emocje w ludzkim życiu. Akceptacja wszystkich emocji prowadzi do życia w pełni. Negacja i wypieranie tych tzw. „negatywnych” prowadzi do wypierania z naszego życia też tych „pozytywnych” (a raczej tych które chcemy czuć i uważa się je za pozytywne). Co prowadzi do braku emocji = depresji. Lub skumulowania stłamszonych emocji i nerwicy (emocje chcą się wydostać, robią to więc w postaci różnych objawów). Nie opowiem o temacie lepiej niż obie panie powyżej, więc wygodnie się rozsiądźcie i zapraszam do seansu.

Odstawianie wenlafaksyny

Witajcie Moi Drodzy, mam nadzieję, że dotarliście tu mimo zmiany domeny bloga.

Ostatnio przechodziłam trudny czas, dlatego nie pisałam. Od września przechodzę psychoterapię indywidualną, dużo ran na wierzchu, przyglądam się im, pozwalam odejść emocjom których już nie potrzebuję, niektóre muszę powtórnie do siebie dopuścić, przeżyć… Tak jakby cała przeszłość dobijała się do mnie mówiąc: w końcu musisz mnie przeżyć! Mam wiele błędnych przekonań o sobie, ludziach, świecie, które powolutku zmieniam i pewnie jeszcze trochę mi z tym zejdzie (np. przekonanie, że miarą dojrzałości jest ukrywanie swoich emocji:/)…

Pomaga mi trochę blog i youtube Magdaleny Szpilki. Warto tam zajrzeć, dużo dobrej treści o emocjach, ludzkiej psychice i leczeniu ran w relacjach, zwłaszcza dziecko-rodzic.

Odstawianie wenlafaksyny też nie poszło tak szybko, jakbym się spodziewała. Obecnie co drugi dzień biorę 12,5 g (usypane z większych kapsułek, po prostu podzieliłam dawkę). Robię to trochę na własną rękę, towarzyszy temu cierpienie (objawy odstawienne też), więcej tłumionych przez lata emocji wypływa na zewnątrz, dosłownie – w postaci łez. Ale stwierdziłam, że leki nie pomagają mi w psychoterapii. Blokują moje emocje, wyciszają. OK, może lepiej dzięki nim funkcjonuję w społeczeństwie (w pracy), ale nie rozwiązuję przez nie realnych problemów, nie mierzę się z emocjami, a jedynie je tłumię, co przez większość życia robiłam. Czas nauczyć się radzenia sobie z emocjami w inny sposób. Nieraz zalewam się łzami, wydaje mi się, że nie mam sił by unieść swoje życie… Ale to mija, rozładowuje się, życie toczy się dalej.

Poza tym decyzja o odstawieniu leków wiąże się u mnie, jak już pisałam, ze staraniem się o nowego członka rodziny… Ale to świeży temat.

Postaram się pisać tu częściej, gdy tylko dojdę do wartościowych treści, które sprawdzą się w praktyce. Pewnie przeredaguję też część starych postów. Na razie pozdrawiam, trzymajcie się!

24129955_537438319956802_7421770294230656467_n