Tam, gdzie pojawia się ściana w terapii tradycyjnej, czyli ciąg dalszy o terapii wewnętrznego dziecka

29570959_985153204984417_335158238682112084_n

Obrazek dla atencji jest:) Oczywiście jeśli powyższych emocji jest zbyt dużo, też niedobrze – świadczy to o zaburzeniu – w przypadku tłumionych złości i smutku są to nerwice i depresje. Emocje są ok, jeśli mogą na bieżąco przez nas płynąć i tego się trzymam.

Dziś kilka moich luźnych przemyśleń w oparciu o własne doświadczenia terapii. Od 17 roku życia, gdy zapadłam na ciężką depresję, chodziłam do różnych terapeutów. Zwykle moje wizyty odbywały się na zasadzie poradnictwa bieżących spraw i zmiany zachowań (terapia poznawczo-behawioralna). Dały mi silny fundament pod zmianę, wiele dzięki nim wyciągnęłam… ale w 2016 roku przyszedł kolejny silny nawrót depresji i dał mi do myślenia: czy na pewno dotychczasowe terapie mi pomogły? Pewnie dzięki nim przetrwałam trudne momenty (szkoła, studia), nabrałam większego wglądu w siebie, ale… to było za mało. Wciąż wracały dawne schematy myślowe, głosy silnego wewnętrznego krytyka w mojej głowie: nie poradzisz sobie, jesteś do niczego, jesteś brzydka, gruba itd… Skąd tak negatywne myśli o sobie? Tak silne… Walka z nimi była jak walka z wiatrakami. W końcu przestałam walczyć, zaczęłam słuchać i akceptować. Dzięki temu, że dostałam się na terapię dzienną. Tam, poniekąd nie wiedząc jeszcze, że pracuję z wewnętrznym dzieckiem, zaczęłam z nim pracować. Odkrywać dawne, źle zagojone rany, aby zagoiły się prawidłowo. Wypłakiwać, wyzłościć się na to, z czym nikt nie pozwolił mi się wcześniej pogodzić, albo na co nie byłam sama gotowa. Pewnie wiele tego jeszcze we mnie tkwi, ale solidna psychoanaliza, połączona z relaksacją, medytacją i TRE oraz dawaniem sobie prawa do przeżywania emocji, także tych zakopanych dawno temu, była KROKIEM MILOWYM do mojego zdrowienia. Nie jest idealnie. Ale widzę ogromną różnicę w sobie, są momenty dłuższe niż sekundy, zdecydowanie dłuższe, że czuję się ze sobą lepiej. Czuję, że mam w sobie wsparcie, przyjaciela, matkę… Nieraz wręcz rozpiera mnie energia, nie wiem skąd, pewnie z kontaktu z moją własną duszą, która tam w głębi jest piękna i pełna miłości.

Tego momentu w terapii życzę Wam wszystkim. Droga do niego była długa i bolesna, ale warto było. Planuję oczywiście dalej pracować nad sobą, nie spoczywać na laurach. Mam na oku terapię, na którą jednak potrzebuję uzbierać trochę grosza. A póki co – pracuję. Nad jedną z najbardziej zaniedbanych w moim życiu sfer – sferą zawodową. I idzie mi coraz lepiej;)

Przesyłam uśmiech i medytację od Violi:

Reklamy

Czego nauczył mnie mój kot

P1000088

To mój kotek. Którego od wczoraj z nami już nie ma. Bardzo chorował, bardzo przeżywam jego śmierć, ale staram się szukać, co było dobrego w jego życiu i naszym życiu z nim. A wniósł do naszego życia naprawdę wiele ciepła, humoru, zdrowia i cichej obecności.

Myślę, czego mogłabym się od niego nauczyć w kontekście życia i zdrowia psychicznego. Na pewno są takie rzeczy, które warto bym zapamiętała.

  1. Dopominaj się o czułość. (I o swoje! Bo Ci się to należy!) Jeśli ktoś nie daje Ci czułości, daj ją sobie sam! Mój kotek tak działał. Gdy nie doczekał się głasknięcia, skakał do ręki, by się o nią otrzeć, ocierał się o nasze nogi, o meble, brodą o kant stołu i – miał dzięki temu życie pełne czułości. Od nas oczywiście też ją dostawał. Stopniowo zdobywał kolejne nasze wnętrza domowe, aż w końcu doszło do tego, że zimą spał z nami, najczęściej prosto na mnie. Potrafił dawać czułość i brać czułość. Był pod tym względem wyjątkowy i na pewno szczęśliwszy dzięki temu. Wskakiwał też na okno, by go wpuścić do domu, żebrał o kawałek szynki czy mięska, gdy przyrządzałam jakieś danie (i zazwyczaj się doczekał), pchał się na kolana po odrobinę ciepła… Będzie nam tego brakować.
  2. Dbaj o swoją niezależność. Mój kotek umiał zadbać o siebie. Oczywiście poprawialiśmy jego komfort życia na ile mogliśmy, zostawiając mu wodę i karmę, ale nigdy nie przestał łowić myszy (no może poza sezonem zimowym, gdy myszy nie było). Przynosił z głośnym miauczeniem każdą mysz, by się podzielić, lub go pochwalić i oczywiście dostawał głasknięcie (choć o 4 rano jest to nieraz kłopotliwe). Ale upatruję w nim też to, że w tej sposób o nas próbował dbać, karmić nas jak swoją rodzinę. Jednocześnie był kotem wychowanym na wolności, wcześniej prawdopodobnie bezdomnym. Potrafił zadbać o swoje terytorium, ale był też łagodny względem innych kotów. Dopiero, gdy wyraźnie naruszały jego granicę, przeganiał je.
  3. Spędzaj jak najwięcej czasu na łonie natury. Wygrzewanie się na słońcu, wędrowanie na myszy, nawet chodzenie za nami na spacery wkoło domu – to było to, co nasz kotek uwielbiał. I taka była jego natura. Kiedy tylko mógł, przebywał na zewnątrz i dzięki temu był w dobrej formie aż do starości. Nie ma lepszego leku, jak zieleń, słońce, świeże powietrze.
  4. Dawaj z siebie co możesz innym. Myślę, że kotek był szczęśliwy, mogąc wygrzewać nasze kolana (i nie tylko, bo siadywał mi na brzuchu, klatce, ramieniu, kolanach) i mruczeć, aby pomóc nam fizycznie się uleczyć. On też z tego korzystał: miał porcję czułości. To, co dajemy, wraca do nas. My także zapewniając mu opiekę, wiele dobrego czerpaliśmy od niego.
  5. Nie trzeba wielkich wydarzeń w życiu ani bycia wyjątkowym (urodą np.), aby być szczęśliwym. Mój kotem był zwykłym dachowcem, pewnie przeżył życie jak wiele innych kotów, ale to relacja, jaką z nami miał, czyniła go wyjątkowym. Był kochany i na pewno kochał swoim kocim sercem. I to liczy się najbardziej.

Więc jeśli wahacie się jeszcze, czy warto… tak! Warto przygarnąć kota, pieska lub inne zwierzę, nawet jeśli nadejdą trudne dni, kiedy będziecie musieli się z nim pożegnać. Wszystko rekompensują wspólne chwile z naszym cichym przyjacielem…

Kilka słów o książce „Zdrowiej!” Dr’a Davida Servan-Schreibera

Książka reklamuje się na okładce jako: „Naturalne metody zwalczania depresji i stresu. Bez leków i psychoanalizy!” Postanowiłam przeczytać, zwłaszcza, że dostałam ją od… mamy (ciekawe, czy czytała;)).

Pozytywnie zaskoczyła mnie treść książki, oparta na długoletnim doświadczeniu autora jako psychiatry w leczeniu różnych osób. Opisuje ich przypadki, oraz jakie terapie na nie pomagały. W szczególności zainteresowała mnie metoda EMDR, o której czytałam pierwszy raz. Z tłumaczenia z języka angielskiego (eye movement desensitization and reprocessing) jest to odczulanie z zastosowaniem ruchu gałek ocznych oraz przeformułowanie negatywnych schematów poznawczych. W dużym skrócie: metoda ta pozwala na przerobienie w części umysłu odpowiedzialnej za emocje dużych traum i ich skutków np. objawów somatycznych lub psychicznych, które zwykle z tych traum się wzięły. Stosuje się ją jako metodę alternatywną, ale zyskującą coraz większe uznanie ze względu na skuteczność w leczeniu PTSD (zespołu stresu pourazowego). Wplata się ją w tradycyjną terapię poznawczą: polega na podążaniu ruchem gałek ocznych w lewo i prawo za spokojnym ale rytmicznym ruchem dłoni terapeuty, (coś jak za wahadłem hipnotyzera, własne skojarzenie:)), co pomaga pobudzić mózg emocjonalny (układ limbiczny w mózgu) do przetrawienia tych emocji i pozostawienia ich za sobą. Co ciekawe, im młodsza osoba, tym szybsze są efekty tej terapii.

Bardzo zaciekawił mnie naukowy wstęp do książki na temat właśnie części mózgu odpowiedzialnej za emocje (układ limbiczny) bo jest to część ściśle sprzężona z ciałem i nieraz działając na ciało właśnie (co zauważyłam w swojej wieloletniej praktyce sportowej) jesteśmy w stanie pobudzić lub wyciszyć określone emocje, odreagować je (np. bijąc w worek treningowy lub rozluźniając określone mięśnie na relaksacji). Tym bardziej utwierdza mnie to w przekonaniu, że jesteśmy jedną wielką całością: ciało i psychika przeplatają się, jedno ma ogromny wpływ na drugie: to, co jemy i robimy może generować określone emocje. Np. mięsień biodrowo-lędźwiowy często jest przykurczony u osób wykonujących pracę siedzącą (bardzo powszechną w dzisiejszych czasach), a jego napięcie może wpływać bardzo na poczucie rozdrażnienia i napięcia nerwowego – nieraz czujemy się źle po długotrwałym siedzeniu i nie wiemy dlaczego, czujemy potrzebę wstania i rozciągnięcia się. Zwierzęta rozciągają się odruchowo. My zapomnieliśmy o wielu swoich instynktach i słuchaniu swojego ciała.

Drugą metodą, która mnie zaciekawiła jest osiąganie stanu koherencji serca za pomocą wyciszenia się, spokojnego oddechu i przywołania pozytywnego uczucia – wdzięczności, radości, spokoju np. za pomocą wspomnienia. Zacytuję, jak osiągać ten pozytywny dla naszego serca stan, który przekłada się później na korzystne i harmonijne funkcjonowanie naszej fizjologii i emocji, pozwala uspokoić chaos w głowie i ciele:

„Podobnie jak w tradycji ćwiczeń jogi, w medytacji i wszystkich innych technikach relaksacyjnych, pierwszy etap ćwiczeń polega na skierowaniu uwagi ku swojemu wnętrzu. Gdy poddajemy się tej metodzie po raz pierwszy, musimy najpierw wyłączyć się ze świata zewnętrznego i zaakceptować konieczność odsunięcia na kilka minut wszelkich trosk i niepokojów. Należy przyjąć, że nasze kłopoty mogą zaczekać przez czas potrzebny sercu i mózgowi do odnalezienia równowagi i wzajemnej bliskości.

Najlepszym sposobem dojścia do takiego stanu jest powolne zaczerpnięcie dwóch głębokich oddechów. (…) W celu zmaksymalizowania efektu należy skupić całą uwagę na oddechu, aż do samego końca wydechu, potem na kilka chwil zrobić małą przerwę, zanim kolejny wdech sam z siebie nie wypłynie. Chodzi o to, aby dać się ponieść wydechowi aż do punktu, w którym naturalnie przeobraża się on w rodzaj spokoju i lekkości.

(…) Aby osiągnąć maksymalną koherencję serca, należy po 10-15 sekundach takiego stanu stabilizacji przenieść świadomie uwagę na punkt klatki piersiowej, w której znajduje się serce. W tym drugim etapie, najłatwiej jest wyobrazić sobie, że oddychamy przez serce. Kontynuując powolne i głębokie oddychanie (naturalnie bez przesadnego wysiłku) należy wyobrazić sobie, jak każdy kolejny wdech i każdy kolejny wydech przenikają tę ważną część ciała. Oczami wyobraźni śledzimy, w jaki sposób wdech dostarcza potrzebnego mu tlenu, a wydech pozwala pozbyć się wszystkich niepotrzebnych już pozostałości. (…)

Trzeci etap polega na włączeniu się w rodzące się w klatce piersiowej uczucie ciepła i odprężenia, a chronieniu go i wspomaganiu myślą i oddechem. Początkowo dostanie to jest zwykle nieśmiałe i bardzo dyskretnie daje o sobie znać. (…) Skuteczną metodą dodania mu (sercu) odwagi jest spontaniczne wywołanie uczucia aprobaty lub wdzięczności i pozwolenie, aby wypełniło cała pierś. Serce jest szczególnie wrażliwe na uczucie wdzięczności, na każde uczucie miłości, którym obdarzamy człowieka, zwierzę, przedmiot lub nawet wyobrażenie o życzliwości i pięknie otaczającego nas świata.

(…)

Owa koherencja rytmu serca znajduje natychmiast odbicie w mózgu emocjonalnym, dla którego oznacza, wprowadzając do w stan równowagi, że z punktu widzenia fizjologii panuje jak najlepszy porządek. Mózg emocjonalny odpowiada na tę informację utrwaleniem koherencji serca. To wzajemne napędzanie się stanowi magiczny krąg, dzięki którego przy odrobinie wprawy można utrzymać maksymalny stan koherencji przez trzydzieści minut, a nawet dłużej. Koherencja między sercem, a mózgiem emocjonalnym stabilizuje autonomiczny układ nerwowy – utrzymuje w stanie równowagi układy współczulny i przywspółczulny. Po osiągnięciu takiej równowagi znajdujemy się w optymalnej sytuacji, aby stawić czoło wszelkim ewentualnym zdarzeniom. Jesteśmy w stanie dotrzeć jednocześnie do mądrości mózgu emocjonalnego – do jego intuicji – oraz do funkcji refleksji i planowania mózgu kognitywnego, czyli do rozumowania abstrakcyjnego.”

Myślę, że te fragmenty wystarczą, aby wypróbować tą metodę choćby do okiełznania natarczywych myśli i niepokoju.

W pozostałej części książki autor pisze o znanych mi już wcześniej metodach na złagodzenie lęku, depresji, nieraz bardzo prostych i intuicyjnych, ale zapomnianych przez nas w ciągłym biegu. Są to:

  • akupunktura (nie próbowałam na sobie, więc nie wypowiem się, czy warto, czy nie, ale z przytoczonych badań i obserwacji autora – warto spróbować)
  • regulowanie zegara biologicznego przez higieniczny tryb życia (stałe pory wstawania, posiłków) oraz symulowanie naturalnego świtu (w postaci specjalnej lampki która stopniowo rano nas wybudza, przydatnej np. dla osób odczuwających depresję sezonową związaną z brakiem światła dziennego)
  • suplementacja kwasów omega-3 i zwiększenie ich podaży w diecie – co ma korzystny wpływ na pracę mózgu (przetestowałam na sobie – faktycznie czuję poprawę, ale dopiero po bardzo dużych dawkach, więc nie każdy suplement się tu nada)
  • codzienna, choćby krótka, aktywność fizyczna, najlepiej na świeżym powietrzu -> wydzielanie endorfin, które naturalnie poprawiają nasz nastrój
  • okazywanie miłości i czułości – po prostu każdy człowiek tego najbardziej potrzebuje, choćby miała to by być miłość zwierzęcia (udowodniony pozytywny wpływ zwierzęcia którym się opiekujemy na stan psychiczny)
  • komunikacja emocjonalna – pozbawiona toksyczności komunikacja ze światem: mówienie o swoich uczuciach, potrzebach, granicach, w sposób nie obrażający nikogo i dający przestrzeń – coś, czego trzeba się uczyć całe życie, zwłaszcza jeśli doświadczyliśmy toksycznych relacji,
  • okazywanie empatii – słuchanie sercem
  • zaangażowanie się w szczytne działanie np. wolontariat, działanie na rzecz jakiejś społeczności, co powoduje u nas poczucie, że nie jesteśmy sami i należymy do grupy, mamy też wyższy cel i misję do spełnienia – karmi to nasze poczucie bycia ważnym.

Zachęcam do przeczytania całej książki. Ja na pewno nie raz do niej jeszcze wrócę w drodze do siebie. Pozdrawiam:)

zdrowiej-pokonaj-lek-stres-i-depresje-w-iext35239304

Kto mi pomaga wrócić do siebie

Hej! Dzisiaj chciałabym podrzucić Wam kilka namiarów na dobre terapeutyczne treści w internecie. Mogą być one uzupełnieniem terapii, albo, gdy nie macie możliwości podjąć terapii, mogą Wam pomóc w autoterapii. Dziękuję Bogu za wszystkie te osoby, które podejmują tak trudne tematy, zwłaszcza, że ich podejście jest nowatorskie i nieraz wyprzedzające tradycyjne terapie, a jednak – to działa. I działa do głębi. Powrót do wewnętrznego dziecka, relacje z narcystycznymi osobami, przemoc w dzieciństwie, dda, ddd, zespół stresu pourazowego, traumy,… to tylko część tematów, z którymi mierzą się dane osoby. Warto ich posłuchać, odnieść do swojego życia przez autorefleksję, a potrafi to naprawdę uczynić przełom w myśleniu.

  1. Fenix z popiołów – Viola

https://www.facebook.com/Fenix-Z-Popio%C5%82%C3%B3w-211354199604073/

O mnie

https://www.youtube.com/channel/UC6_Ccw3aVSYZseBKAGkLj5w

Viola podejmuje tematy związane głównie z toksycznymi relacjami i narcyzmem, ale nie tylko. Prowadzi grupę wsparcia na FB „Wolni od toksycznych relacji”. Ma dar opowiadania konkretnie i z pasją o powrocie do siebie.

2. Magdalena Szpilka

https://www.facebook.com/Magdalena.Szpilka/

https://magdalenaszpilka.com/

https://www.youtube.com/user/MagdalenaSzpilka

W ciepły i przyjazny sposób opowiada o toksycznych związkach, traumach z dzieciństwa, kontakcie z wewnętrznym dzieckiem, zdrowym wychowywaniu dzieci, emocjach.

3. Wilczycą być – Justyna Czekaj

https://www.facebook.com/wilczycabyc/

https://wilczycabyc.com/

https://www.youtube.com/channel/UCbJvgiMARJEV0g_fHiqUG1g

Ogromne źródło wiedzy o emocjach, wychodzeniu z traum, stresie pourazowym, toksycznym dzieciństwie, leczeniu matczynej rany.

4. Kasia Sawicka

https://www.youtube.com/channel/UC4FfcWV91rhP00dur0XiZzg

Wideoblog o wychowywaniu dzieci, toksycznych relacjach, relacjach z samym sobą, ogromne źródło wiedzy psychologicznej.

5. Świadome życie! Odkryj i pokochaj Siebie

https://www.facebook.com/madziowypl/

http://madziowy.pl/

https://www.youtube.com/channel/UCoyJL2is3uGkvePJ76RFwiA

Źródło cennych dochodzeniu do siebie, kontakcie z wewnętrznym dzieckiem, dda, ddd.

6. Hania Es

https://www.youtube.com/channel/UCFy7ma1sBS3OrrPUemKVrSw

Młoda studentka psychologii która na własnej skórze doświadczyła problemu z depresją. Nieco ekscentrycznie, ale z energią i sercem opowiada o zagadnieniach związanych ze zdrowiem psychicznym.

 

Na większości powyższych stron istnieje możliwość kontaktu na zasadzie rozmów na skype w celach terapeutycznych. Strony te prowadzą też głównie osoby, które same w swoim życiu uporały się z traumami z dzieciństwa i pomagają w tym innym. Polecam gorąco!

worthy

 

Ślady przemocy

Chyba nie ma wśród nas kogoś, kto nie doświadczyłby przemocy. Fizycznej, psychicznej. Jej doświadczenie na wczesnym etapie życia może w nas wsiąknąć na lata i powodować problemy z ciałem i psychiką w późniejszych etapach życia. I zwykle tak się dzieje. Trudny to temat, dla mnie też, gdyż przemocy doświadczyłam ze strony matki. I ze strony rówieśników w szkole. Ale jest rodzaj przemocy, który zostawia szczególne piętno i o nim artykuł poniżej, bo sama nie napisałabym tego lepiej.

http://www.psychologiawygladu.pl/2015/08/ciao-pamieta-konsekwencje-molestowania_6.html?m=1

Nie wiem, dlaczego temat budzi tak ogromny napływ trudnych emocji we mnie. Szczęśliwie nie byłam ofiarą przemocy na tle seksualnym. Ale można powiedzieć, że doświadczyłam podobnych emocji, jak ofiary tej przemocy (pewnie nie w takim stopniu nasilenia), gdyż były pewne niepokojące zdarzenia na tym tle w moim życiu. Może kiedyś podzielę się tym publicznie, jeśli uznam, że to komuś pomoże.

Co warto wiedzieć: nie jesteśmy sami. Szukajmy pomocy i wsparcia, nawet jeśli chwilowo wydaje nam się, że inni są tak samo źli i tylko zamierzają nas skrzywdzić.

Poroniłam… Nie mów mi tych rzeczy

Figurki i elementy dekoracyjne Parastone FIGURKA EMOTION - DZIECKO NA DŁONI - Dotyk (To hold) - biała

Bardzo trudny dla mnie wpis. Pod koniec I trymestru dowiedziałam się, że noszę martwe dziecko. Od 3 tygodni pewnie serce nie biło, choć widziałam je wcześniej bijące na USG. W czasie tych 3 tygodni były Święta, powiedzieliśmy wielu osobom, że spodziewamy się dziecka. W pracy, w której mam kontakt z ludźmi też wiele osób się dowiedziało, bo moje obowiązki zostały mocno okrojone (pracuję fizycznie). Mieszkam też na wsi i rozniosło się to pewnie błyskiem. Ale to nieważne. Ważne, że pojechałam na USG z mężem i spodziewaliśmy się już oboje ujrzeć rosnące dzieciątko (które powinno mieć już 6 cm), a zamiast tego ujrzeliśmy martwe, niespełna jednocentymetrowe dziecko. Pani ginekolog była bardzo delikatna i taktowna w tej trudnej chwili. Skierowała mnie do szpitala, gdzie poszłam na następny dzień. Spotkało mnie tzw. poronienie chybione. Dziecko umiera, a ciąża trwa dalej, miałam normalne objawy, rósł mi brzuch, piersi, miałam różne smaki jak wcześniej. Prowadziłam zdrowy tryb życia, dużo się ruszałam i nic nie zapowiadało, że dziecko nie żyje… W szpitalu przeżyłam swoje. Zaznaczę jeszcze, że niemal wszytkiego o procedurze i naszych prawach do pochowania dziecka dowiedzieliśmy się z internetu i od koleżanek na sali, nikt nam nie powiedział w szpitalu, czego się spodziewać. Kilka dni czekałam na podanie leków poronnych, gdyż wyszła mi niewielka infekcja bakteryjna. W międzyczasie na oddziale obok rodziły się dzieci, słyszałam krzyk kobiet rodzących i potem krzyk dzieci i pękało mi serce, bo ja się tego nie doczekam. W końcu doczekałam się poronienia (podania tabletek poronnych, bo moje ciało dalej uznawało, że jestem w ciąży). Była ze mną mama, był mąż w tym dniu i dzięki nim jakoś przetrwałam krwawienie i oczekiwanie na urodzenie dziecka. Najgorszy moment – prawie urodziłam je do toalety, gdy poszłam na siku, po prostu wtedy wyciekło ze mnie. Uratowałam je własnymi dłońmi, gdy czułam, że wychodzi. Położyłam na liglinę i zawołałam męża, żeby poszedł do położnych po kubek, gdzie miałam zebrać szczątki do badań (histopatologiczne w szpitalu i następnie prywatnie zdecydowaliśmy się na genetyczne). Myślałam, że przyjdzie pielęgniarka i zabierze szczątki (łożysko i moje dziecko), ale dostałam tylko kubek. I własnymi zakrwawionymi dłońmi przenosiłam łożysko, a potem moje maleństwo (miało około 1 cm) do tego kubka. Byłam w takim szoku, że emocje wyłączyły się wtedy, dopiero potem przyszły i widok mojego dziecka ciągle miałam przed oczami. Może dla niektórych jest straszne, co pisze, ale może pomoże zrozumieć osobom w podobnej sytuacji, co się wtedy dzieje, jak to przebiega. Później czekałam do późna (do około 22, czekaliśmy na lekarza) na zabieg łyżeczkowania (czyli wyczyszczenia macicy z resztek, aby później nie doszło do powikłań przy kolejnych ciążach), który miałam na szczęście w całkowitej narkozie. Rano wypuszczono mnie do domu. Pewnie po badaniach czeka mnie jeszcze pogrzeb dziecka, nadanie mu imienia w urzędzie (bo tak zdecydowaliśmy, na razie nie sposób było określić płci bez badań), i inne zusowsko-papierkowe sprawy. A później pewnie szukanie nowej pracy, jakoś trudno mi będzie zostać w tej, w której byłam (także ze względu na postawę szefowej), nie wiem jak się to potoczy. Na razie nie minął nawet tydzień. Spotkałam się z wieloma reakcjami ze strony rodziny i znajomych, którym mówiłam o stracie. Dziś chciałam napisać, czego nie mówić kobiecie, która straciła dziecko, bez względu na to, czy było małe, czy duże. Po prostu świeżo po utracie takie słowa dodatkowo wbijają nóż w serce i dają poczucie, że odbiera mi się prawo do przeżycia mojego cierpienia.

  • „40 procent ciąż tak się kończy” – serio… nie pociesza mnie, że kobiety tracą swoje dzieci, naoglądałam się takich wiele w szpitalu, nasłuchałam się płaczu i lamentów, gdy któraś dowiadywała się, że dziecko umarło, to mnie nie pociesza
  • „Jeszcze będziesz miała zdrowe dzieci” – teraz o tym nie myślę, myślę o tym, które odeszło, nie chcę zapełniać rany po nim innym dzieckiem
  • „Za 3 miesiące możecie już się starać o nowe” – nie chcę nawet o tym myśleć, na razie przeżywam stratę tego dziecka i stratę marzeń po nim
  • „Wiem, co czujesz” – nawet jeśli przeżywałaś poronienie, nie wiesz konkretnie jak ja to przeżywam: jestem inną osobą i moje dziecko nie było twoim, czuję co innego, nie umniejszaj mojego cierpienia
  • „Przecież to był płód, to nie było dziecko” – … pozostawię bez komentarza
  • „Głowa do góry, ciesz się że teraz a nie w 20 tygodniu, kiedy musiałabyś je urodzić” – jakoś nie widzę powodu do cieszenia się, także z tego, że widziałam kobiety w szpitalu, które musiały istotnie rodzić swoje martwe dzieci później
  • „Urodziłabyś chore dziecko i wtedy dopiero byłby problem” – …

Ogólnie, ludzie, proszę. Dajcie mi przeżyć moje cierpienie. Dajcie mu się wypalić. Nie chcę go chować, chcę je wypłakać, chcę aby moje dziecko miało godny pogrzeb, ono było dla mnie człowiekiem od samego początku, kimś ważnym i kochanym, nawet jeśli dopiero uczyłam się je kochać.

Co mi pomogło:

  • „Możesz mi o tym mówić, możesz się wypłakać jeśli potrzebujesz” – taka postawa męża i kilku znajomych
  • „Razem przez to przejdziemy” – i przechodzimy, razem z mężem
  • „Przykro mi” – po prostu
  • „Twoje dziecko żyje i jest w niebie” – słowa księdza
  • „Potrzebujesz czasu” – tak, potrzebuję go
  • „Jeśli mogę ci w czymś pomóc, pisz/ dzwoń” – pewnie nie skorzystam, ale dziękuję
  • Zaangażowanie mnie w drobna pracę, codzienne obowiązki, spacery, gdy już mam na to fizycznie siłę

Jeszcze odnośnie zaprzeczania własnej straty i spychania jej w kąt (co dość często ma miejsce w przypadku, gdy nie pozwalamy sobie na przeżycie jej, np. pod presją otoczenia) – to prosta droga do chorób psychicznych i depresji. Chcecie aby ktoś bliski wyszedł ze stanu żałoby szybko i podniósł uszy do góry? No to wtedy fundujecie mu/jej depresję.

Dwie strony, które mogę polecić, film i artykuł:

I jeszcze strona: https://www.poronilam.pl/co-dalej/jak-pomoc-po-poronieniu/

Mam nadzieję, że powoli dojdę do siebie. Na razie potrzebuję czasu.

Edit: takie filmy też pomagają:

2 filmy o wrażliwości

Potęga wrażliwości (polskie napisy) – Brene Brown

Dar i moc w odwadze okazywania emocji (agnielskie napisy) – Susan David

Te dwa filmy warto obejrzeć, aby zrozumieć choć trochę jakimi prawami rządzą się emocje w ludzkim życiu. Akceptacja wszystkich emocji prowadzi do życia w pełni. Negacja i wypieranie tych tzw. „negatywnych” prowadzi do wypierania z naszego życia też tych „pozytywnych” (a raczej tych które chcemy czuć i uważa się je za pozytywne). Co prowadzi do braku emocji = depresji. Lub skumulowania stłamszonych emocji i nerwicy (emocje chcą się wydostać, robią to więc w postaci różnych objawów). Nie opowiem o temacie lepiej niż obie panie powyżej, więc wygodnie się rozsiądźcie i zapraszam do seansu.