Wiesz, jakie mam marzenie?

Wiesz, jakie mam marzenie? Wstać rano i czuć entuzjazm do życia. Wstać, kurwa, rano i czuć, że to co chcę dziś robić napawa mnie radością, że kurwa, chce mi się żyć.

Nie chcę chodzić wiecznie zmęczona, przytłoczona obowiązkami, jak niewolniczka pięknego domu, który ciągle muszę sprzątać i jest to moja jedyna życiowa misja. Nie twierdzę, że sprzątanie jest złe. Sprzątanie pomaga czuć się lepiej w swoim domu. Czasem sprzątając ma się czas na zebranie myśli, swoistą medytację. Ale może nie o to tu chodzi. Nawet jeśli moim jedynym zajęciem miałoby być sprzątanie, chcę to kurwa robić z zajebistą radością i entuzjazmem. Jakby to była jedyna najważniejsza rzecz w danym momencie. Nie chodzi o to, aby była to czynność przyjemna, albo była wykonywana do przesady. Żadna przesada nie jest dobra. Chodzi o to poczucie, że wiem co robię, do czego dążę, mam tą zajebistą chęć posprzątania mieszkania by czuć się w nim lepiej. Robię to z wdzięcznością, że mam dach nad głową, o który mogę dbać. Tymczasem sprzątanie stało się czynnością, do której muszę się przymuszać. Dobrze powiedziane. Muszę się przymuszać. Bo jakoś przestało mi zależeć, aby dom był posprzątany. Może nie o to chodzi, że przestało mi zależeć, ale chyba wzięłam na siebie za dużo. I upadłam pod ciężarem nieswoich trosk. I nawet nie mam siły w sobie, by wykrzesać ten entuzjazm do życia, a co dopiero do sprzątania. Do myślenia, jak sobie udekorować dom na święta, co upiec, co dobrego zjeść. Nie mam nawet, kurwa siły by się cieszyć życiem. Takim skurwielem jest depresja. Zabiera siły życiowe. Albo – zabiera siły życiowe na martwienie się wszystkim złym, całym złem na tym świecie i później nie mam tych sił, by cieszyć się codziennością, chwilą tu i teraz, obiadem z mężem czy sprzątaniem. Depresja każe mi myśleć o tym, że ileś lat temu w obozach ginęli ludzie, albo zapracowywali się na śmierć, że we współczesnym świecie ludzie umierają z głodu, że matki zabijają własne dzieci, gdy inne matki starają się latami o ciążę… Depresja każe mi myśleć, że pewnie nigdy nie zrobię oszałamiającej kariery jako pisarka, bo nawet pisanie mi utrudnia. Blokuje mnie. Każe mi patrzeć na śmierć, na zniszczenie, na zło, a nie na życie, miłość i energię. Wywołuje we mnie wkurw którym niszczę siebie albo innych ludzi. Wkurw na to, że ten świat tak wygląda, a ja nic nie mogę zrobić. Że mam grzecznie pracować za najniższą krajową i nie prosić o więcej, bo więcej się kurwa w tym kraju nie da. Że mam być matką, żoną, kochanką, sprzątaczką, nauczycielką i projektantką w jednym, a że kurwa, mam być sobą i cieszyć się życiem, tego już mi do głowy deprecha nie dopuszcza. Albo to, że mam kurwa prawo odpocząć, oglądając głupkowaty serial. I nie jest to czas zmarnowany. Chyba, że oglądając ten serial uciekam od rzeczywistości, która jest zbyt trudna, bym mogła ją pomieścić w sobie. I oglądanie serialu zaczyna mi ciążyć. I zaczyna się przeginka w drugą skrajność. Od pracoholizmu do marazmu. A jakby się tak dało, kurwa, pośrodku?

Pieprzyć depresję.

Obiecuję sobie, że dołożę wszelkich starań, by były jeszcze takie dni, że sprzątam z entuzjazmem. Że patrzę z miłością na przyrodę, ludzi, zwierzęta, mojego męża i nie oceniam, tylko biorę jak jest. A co nie moje – won. Będę kurwa odczuwać radość, choćby mi to moje demony próbowały wydrzeć i mnie osaczyć. Będę kurwa odpoczywać i oglądać po jednym odcinku serialu. Albo po dwa. Będę i zaczynam to robić od dziś. Żyć tu i teraz. Brać, co jest i korzystać z tego, co jest. Nie porównywać się, bo każdy ma swoją smutną historię, jest ona po prostu inna. Fuck depression. Joy of life – I’m comming! Na przekór wszystkiemu. Nie muszę brać wszystkiego na siebie. Wszechświat jest w stanie udźwignąć to za mnie. Bóg wie co robi. Nie muszę zbawiać świata, bo został już zbawiony. Moim zadaniem jest korzystać z tego zbawienia i nie przeszkadzać w przepływie miłości. Brać i puszczać ją dalej, z nadzieją, że cały czas ją otrzymuję. I tak chcę wierzyć w Boga i w siebie. I w ten cały pokręcony świat. Wybieram życie.

76181277_1713387695464871_4845061828188831744_n

Nie ma idealnego dzieciństwa

Każdy z nas jest albo DDD albo DDA. W minimalnym, większym, lub całkiem sporym stopniu. Każdy z nas miał choć trochę spaprane dzieciństwo. I wina leży tam gdzie leży – w odpowiedzialności rodziców (albo osób postronnych, wujków, nauczycieli, innych dzieci), którzy jednak… często nie zdają sobie sprawy, że coś spaprali, bo dla nich to było coś oczywistego żeby np. uderzyć dziecko. Bo sami byli bici. Kwestia zadania sobie pytania: dlaczego było tak i tak, jak się z tym czuję i co chcę zmienić?

To ciągnie się pokoleniami. Nie wierzę już w to, że zdołam być idealną matką, bo drzemie we mnie mnóstwo podświadomych zranień, ale wierzę w to, że mogę być lepszą matką jeśli nad sobą popracuję i stawię czoła swoim „demonom” (czyt. nieprzepracowanym traumom i schematom, które negatywnie wpływają na komfort mojego życia). Nie wypuszczam też dziecka do hermetycznie dobrego świata, ale do świata, gdzie choćby inne straumatyzowane dziecko będzie miało na moje wpływ. Niektórzy twierdzą – po co czytać poradniki dla rodziców (poradniki w ogóle), przecież wystarczy, że będę kochać. Otóż samo kochanie to już dużo. Ale mądre kochanie to już skarb. Czasem wydaje nam się, że zadajemy ból (czyt. bijemy np.) z miłości. A tak naprawdę tu nie ma grama miłości, tylko własna trauma. Dlatego czytam (i przesiewam) poradniki. I coraz bardziej dociera do mnie, że wychowanie to szukanie złotego środka pomiędzy pozwalaniem dziecku na wszystko, a zabranianiem mu wszystkiego. Pomiędzy stawianiem granic, a dawaniem luzu i wolnego wyboru. Pomiędzy łagodnością, a stanowczością.

Obecnie jestem wciąż w procesie reparentingu – mądrego dawania sobie tego, czego zabrakło w moim wychowaniu i przepracowywaniu traum. Zlokalizowałam pewne trudne źródła tych traum, które chciałam przepracować i od kwietnia zaczynam w towarzystwie Terapeutki. Wiem, że bez tego nie zdecyduję się na kolejne dziecko, mimo, że bardzo tego chcę. Czasem lepiej poczekać, żeby nie puszczać czegoś dalej. Jestem też w trakcie uzdrawiania ciała przy pomocy akupunktury i medycyny chińskiej u kolejnej Dobrej Duszy i widzę, że przynosi to skutki.

Wiosna się zaczęła, czuję przypływ sił i dosłoneczniam się, ile mogę. Dobrego dnia wszystkim! 😉

A o temacie DDD jeszcze napiszę.

Znalezione obrazy dla zapytania ddd dziecko

 

Czego nauczył mnie mój kot

P1000088

To mój kotek. Którego od wczoraj z nami już nie ma. Bardzo chorował, bardzo przeżywam jego śmierć, ale staram się szukać, co było dobrego w jego życiu i naszym życiu z nim. A wniósł do naszego życia naprawdę wiele ciepła, humoru, zdrowia i cichej obecności.

Myślę, czego mogłabym się od niego nauczyć w kontekście życia i zdrowia psychicznego. Na pewno są takie rzeczy, które warto bym zapamiętała.

  1. Dopominaj się o czułość. (I o swoje! Bo Ci się to należy!) Jeśli ktoś nie daje Ci czułości, daj ją sobie sam! Mój kotek tak działał. Gdy nie doczekał się głasknięcia, skakał do ręki, by się o nią otrzeć, ocierał się o nasze nogi, o meble, brodą o kant stołu i – miał dzięki temu życie pełne czułości. Od nas oczywiście też ją dostawał. Stopniowo zdobywał kolejne nasze wnętrza domowe, aż w końcu doszło do tego, że zimą spał z nami, najczęściej prosto na mnie. Potrafił dawać czułość i brać czułość. Był pod tym względem wyjątkowy i na pewno szczęśliwszy dzięki temu. Wskakiwał też na okno, by go wpuścić do domu, żebrał o kawałek szynki czy mięska, gdy przyrządzałam jakieś danie (i zazwyczaj się doczekał), pchał się na kolana po odrobinę ciepła… Będzie nam tego brakować.
  2. Dbaj o swoją niezależność. Mój kotek umiał zadbać o siebie. Oczywiście poprawialiśmy jego komfort życia na ile mogliśmy, zostawiając mu wodę i karmę, ale nigdy nie przestał łowić myszy (no może poza sezonem zimowym, gdy myszy nie było). Przynosił z głośnym miauczeniem każdą mysz, by się podzielić, lub go pochwalić i oczywiście dostawał głasknięcie (choć o 4 rano jest to nieraz kłopotliwe). Ale upatruję w nim też to, że w tej sposób o nas próbował dbać, karmić nas jak swoją rodzinę. Jednocześnie był kotem wychowanym na wolności, wcześniej prawdopodobnie bezdomnym. Potrafił zadbać o swoje terytorium, ale był też łagodny względem innych kotów. Dopiero, gdy wyraźnie naruszały jego granicę, przeganiał je.
  3. Spędzaj jak najwięcej czasu na łonie natury. Wygrzewanie się na słońcu, wędrowanie na myszy, nawet chodzenie za nami na spacery wkoło domu – to było to, co nasz kotek uwielbiał. I taka była jego natura. Kiedy tylko mógł, przebywał na zewnątrz i dzięki temu był w dobrej formie aż do starości. Nie ma lepszego leku, jak zieleń, słońce, świeże powietrze.
  4. Dawaj z siebie co możesz innym. Myślę, że kotek był szczęśliwy, mogąc wygrzewać nasze kolana (i nie tylko, bo siadywał mi na brzuchu, klatce, ramieniu, kolanach) i mruczeć, aby pomóc nam fizycznie się uleczyć. On też z tego korzystał: miał porcję czułości. To, co dajemy, wraca do nas. My także zapewniając mu opiekę, wiele dobrego czerpaliśmy od niego.
  5. Nie trzeba wielkich wydarzeń w życiu ani bycia wyjątkowym (urodą np.), aby być szczęśliwym. Mój kotem był zwykłym dachowcem, pewnie przeżył życie jak wiele innych kotów, ale to relacja, jaką z nami miał, czyniła go wyjątkowym. Był kochany i na pewno kochał swoim kocim sercem. I to liczy się najbardziej.

Więc jeśli wahacie się jeszcze, czy warto… tak! Warto przygarnąć kota, pieska lub inne zwierzę, nawet jeśli nadejdą trudne dni, kiedy będziecie musieli się z nim pożegnać. Wszystko rekompensują wspólne chwile z naszym cichym przyjacielem…

Kto mi pomaga wrócić do siebie

Hej! Dzisiaj chciałabym podrzucić Wam kilka namiarów na dobre terapeutyczne treści w internecie. Mogą być one uzupełnieniem terapii, albo, gdy nie macie możliwości podjąć terapii, mogą Wam pomóc w autoterapii. Dziękuję Bogu za wszystkie te osoby, które podejmują tak trudne tematy, zwłaszcza, że ich podejście jest nowatorskie i nieraz wyprzedzające tradycyjne terapie, a jednak – to działa. I działa do głębi. Powrót do wewnętrznego dziecka, relacje z narcystycznymi osobami, przemoc w dzieciństwie, dda, ddd, zespół stresu pourazowego, traumy,… to tylko część tematów, z którymi mierzą się dane osoby. Warto ich posłuchać, odnieść do swojego życia przez autorefleksję, a potrafi to naprawdę uczynić przełom w myśleniu.

  1. Fenix z popiołów – Viola

https://www.facebook.com/Fenix-Z-Popio%C5%82%C3%B3w-211354199604073/

O mnie

https://www.youtube.com/channel/UC6_Ccw3aVSYZseBKAGkLj5w

Viola podejmuje tematy związane głównie z toksycznymi relacjami i narcyzmem, ale nie tylko. Prowadzi grupę wsparcia na FB „Wolni od toksycznych relacji”. Ma dar opowiadania konkretnie i z pasją o powrocie do siebie.

2. Magdalena Szpilka

https://www.facebook.com/Magdalena.Szpilka/

https://magdalenaszpilka.com/

https://www.youtube.com/user/MagdalenaSzpilka

W ciepły i przyjazny sposób opowiada o toksycznych związkach, traumach z dzieciństwa, kontakcie z wewnętrznym dzieckiem, zdrowym wychowywaniu dzieci, emocjach.

3. Wilczycą być – Justyna Czekaj

https://www.facebook.com/wilczycabyc/

https://wilczycabyc.com/

https://www.youtube.com/channel/UCbJvgiMARJEV0g_fHiqUG1g

Ogromne źródło wiedzy o emocjach, wychodzeniu z traum, stresie pourazowym, toksycznym dzieciństwie, leczeniu matczynej rany.

4. Kasia Sawicka

https://www.youtube.com/channel/UC4FfcWV91rhP00dur0XiZzg

Wideoblog o wychowywaniu dzieci, toksycznych relacjach, relacjach z samym sobą, ogromne źródło wiedzy psychologicznej.

5. Świadome życie! Odkryj i pokochaj Siebie

https://www.facebook.com/madziowypl/

http://madziowy.pl/

https://www.youtube.com/channel/UCoyJL2is3uGkvePJ76RFwiA

Źródło cennych dochodzeniu do siebie, kontakcie z wewnętrznym dzieckiem, dda, ddd.

6. Hania Es

https://www.youtube.com/channel/UCFy7ma1sBS3OrrPUemKVrSw

Młoda studentka psychologii która na własnej skórze doświadczyła problemu z depresją. Nieco ekscentrycznie, ale z energią i sercem opowiada o zagadnieniach związanych ze zdrowiem psychicznym.

 

Na większości powyższych stron istnieje możliwość kontaktu na zasadzie rozmów na skype w celach terapeutycznych. Strony te prowadzą też głównie osoby, które same w swoim życiu uporały się z traumami z dzieciństwa i pomagają w tym innym. Polecam gorąco!

worthy

 

Wilki dwa

wilkidwa

Ostatnio moje samopoczucie kojarzy mi się z walką tych dwóch wilków w sobie. Moja podświadomość tworzona przez młodzieńcze lata zapisała sobie kilka „prawd”, które mi nie służą, które sabotują moją drogę do szczęścia, a jednak zostały we mnie zapisane przez rodziców, rówieśników, społeczeństwo… Oto kilka tych „prawd”:

  • Nie znaczę wiele, gdy nie robię nic, gdy jestem chora czy smutna – jestem wartościowa, tylko wtedy gdy robię coś pożytecznego dla innych (pracuję, zarabiam, sprzątam… wstaw tu resztę) i tryskam entuzjazmem i radością.
  • Ocena innych definiuje mnie: gdy ktoś mnie odrzuca, ocenia negatywnie, to znaczy, że taka jestem i zasługuję na to, co złe, na to, czego ten ktoś mi życzy, na wykluczenie i samotność.
  • Mam czuć się winna za emocje takie jak smutek, złość, poczucie krzywdy, słabość, żałoba, bo one nie są potrzebne i nikt mnie nie będzie lubił jeśli będę je okazywać.
  • Bóg karze mnie za „złe emocje”, gdy je przeżywam to przyciągam do swojego życia zło.
  • Emocje są dla mnie tak obezwładniające, że kierują moim życiem.

Drugi wilk, moja świadomość, wykształcona później, broni mnie i usprawiedliwia, otacza troską i miłosierdziem, jest w nim coś z dobrego ojca, który chroni i mówi:

  • Mam prawo czuć się źle i wyrażać to w bezpieczny dla innych i siebie sposób, mam prawo przeżyć smutek, żałobę, czuć niepokój, ale też mam prawo nie pozwolić by te emocje mnie definiowały i władały moim życiem, moimi decyzjami.
  • Bóg nie chce dla mnie zła, chce mnie ocalić, to zło na tym świecie, które rodzi się w ludzkich duszach, powoduje lawinę złych zdarzeń.
  • Jestem dobrym człowiekiem, nawet jeśli pozwalam sobie czuć trudne emocje, bo przeżycie ich, a nie spychanie do podświadomości, mnie wzmacnia i czyni kimś ludzkim z całym doświadczeniem mojego człowieczeństwa.
  • Jestem ważna i wartościowa w każdej chwili mojego życia, mam prawo odpuścić, gdy nie czuję się dobrze; mam prawo walczyć o siebie, o lepsze jutro, mam prawo dać się zaopiekować komuś innemu, nie muszę być ze stali, mogę przyjąć pomoc.
  • Nikt nie ma prawa decydować o mojej wartości. Nawet jeśli mnie traktuje źle i odrzuca. To ja decyduję o tym, jaka jest moja wartość.
  • To ja odpowiadam za moje życie, nie moje emocje.

Jest taka pokusa, aby ten mroczny wilk nie miał w ogóle głosu, ale może potrzebuję go czasem do głosu dopuścić, tylko po to, by zauważyć, jak bardzo potrafi kierować moim życiem i by zmienić to, co mówi w to, co ja chcę powiedzieć sobie. Oby to karmienie dobrego wilka go wzmocniło. I na tym polega chyba życie: aby doprowadzić do stanu równowagi między nimi (równowaga nie oznacza tu równości). Czasem z mojej inżynierskiej przeszłości wyłania się pojęcie złotego podziału.

złoty podzial

Złoty podział pojawia się w wielu dziełach sztuki i architektury, a także naturalnie w przyrodzie i definiuje rzeczy, które nam instynktownie wydają się piękne i harmonijne, zrównoważone. Może właśnie o taką równowagę mi chodzi. Ten biały wilk przeważa, ale z czarnym tworzą piękną całość i harmonię.

2 filmy o wrażliwości

Potęga wrażliwości (polskie napisy) – Brene Brown

Dar i moc w odwadze okazywania emocji (agnielskie napisy) – Susan David

Te dwa filmy warto obejrzeć, aby zrozumieć choć trochę jakimi prawami rządzą się emocje w ludzkim życiu. Akceptacja wszystkich emocji prowadzi do życia w pełni. Negacja i wypieranie tych tzw. „negatywnych” prowadzi do wypierania z naszego życia też tych „pozytywnych” (a raczej tych które chcemy czuć i uważa się je za pozytywne). Co prowadzi do braku emocji = depresji. Lub skumulowania stłamszonych emocji i nerwicy (emocje chcą się wydostać, robią to więc w postaci różnych objawów). Nie opowiem o temacie lepiej niż obie panie powyżej, więc wygodnie się rozsiądźcie i zapraszam do seansu.

Odstawianie wenlafaksyny

Witajcie Moi Drodzy, mam nadzieję, że dotarliście tu mimo zmiany domeny bloga.

Ostatnio przechodziłam trudny czas, dlatego nie pisałam. Od września przechodzę psychoterapię indywidualną, dużo ran na wierzchu, przyglądam się im, pozwalam odejść emocjom których już nie potrzebuję, niektóre muszę powtórnie do siebie dopuścić, przeżyć… Tak jakby cała przeszłość dobijała się do mnie mówiąc: w końcu musisz mnie przeżyć! Mam wiele błędnych przekonań o sobie, ludziach, świecie, które powolutku zmieniam i pewnie jeszcze trochę mi z tym zejdzie (np. przekonanie, że miarą dojrzałości jest ukrywanie swoich emocji:/)…

Pomaga mi trochę blog i youtube Magdaleny Szpilki. Warto tam zajrzeć, dużo dobrej treści o emocjach, ludzkiej psychice i leczeniu ran w relacjach, zwłaszcza dziecko-rodzic.

Odstawianie wenlafaksyny też nie poszło tak szybko, jakbym się spodziewała. Obecnie co drugi dzień biorę 12,5 g (usypane z większych kapsułek, po prostu podzieliłam dawkę). Robię to trochę na własną rękę, towarzyszy temu cierpienie (objawy odstawienne też), więcej tłumionych przez lata emocji wypływa na zewnątrz, dosłownie – w postaci łez. Ale stwierdziłam, że leki nie pomagają mi w psychoterapii. Blokują moje emocje, wyciszają. OK, może lepiej dzięki nim funkcjonuję w społeczeństwie (w pracy), ale nie rozwiązuję przez nie realnych problemów, nie mierzę się z emocjami, a jedynie je tłumię, co przez większość życia robiłam. Czas nauczyć się radzenia sobie z emocjami w inny sposób. Nieraz zalewam się łzami, wydaje mi się, że nie mam sił by unieść swoje życie… Ale to mija, rozładowuje się, życie toczy się dalej.

Poza tym decyzja o odstawieniu leków wiąże się u mnie, jak już pisałam, ze staraniem się o nowego członka rodziny… Ale to świeży temat.

Postaram się pisać tu częściej, gdy tylko dojdę do wartościowych treści, które sprawdzą się w praktyce. Pewnie przeredaguję też część starych postów. Na razie pozdrawiam, trzymajcie się!

24129955_537438319956802_7421770294230656467_n

 

 

Kilka refleksji na temat psychotropów

Dziś subiektywnie.

Bardzo. Jest 2 w nocy, siedzę i nie mogę spać. Odstawiam psychotropy.

Co spowodowało, że chcę odstawić? 1. Czuję się dobrze, na tyle, że radzę sobie z emocjami. 2. Chęć zostania mamą.

Przez 10 lat z przerwami brałam różne psychotropy: najczęściej fluoksetynę i sertalinę. Ale mój lekarz na początku tego roku, podczas terapii, zmienił fluoksetynę (SSRI) na wenlafaksynę (SNRI), lek ponoć skuteczniejszy. Owszem, pomógł mi stłumić emocje na terapii i przetrwać trudne chwile mogąc pracować i zarabiać. I to jest ok. Szkoda, że żaden lekarz do tej pory nie powiadomił mnie o efektach ubocznych odstawienia leków. A one są. I to niemałe. Podobno jedne z bardziej dokuczliwych przy wenlafaksynie.

Odstawiałam pomalutku. Pierwszy miesiąc połowa dawki, drugi – ćwierć dawki. I było ok. Pracowałam, odpoczywałam, brałam witaminy i omega-3 na mózg. Ale odstawiłam do zera w ubiegłym tygodniu. I zaczęły się „jazdy”. Na tyle, że dziś musiałam zwolnić się z pracy, bo miałam niemalże atak paniki.

Objawy które mi towarzyszą od jakichś 4 dni: silne zawroty głowy, bezsenność lub nadmierna senność (jak już zasnę, śpię jak zabita, choć sny mam wielce niepokojące), uczucie odrealnienia (jakie dziwne mam ręce… czemu akurat takie a nie inne?), „prądy” przechodzące wzdłuż twarzy, latająca powieka, trudności z koncentracją uwagi i ogarnięciem myśli, drętwienia twarzy i ust, nerwobóle w biodrach. Ogólnie: ostry kac. Razy trzy.

Wiele z tych objawów już znam – towarzyszyły mi w najcięższych chwilach depresji i nerwicy. Ale obecnie – czuję się nawet ok psychicznie, radzę sobie w pracy i życiu (mimo trudnej sytuacji finansowej…), więc ewidentnie nie jest to nawrót. Jedyne co mnie niepokoi to niemoc normalnego funkcjonowania przez te objawy.

Nie dałam dziś rady. Wzięłam 1/8 dawki. Po 3 godzinach – częściowe wyciszenie objawów odstawiennych. Wizytę mam za 2 tygodnie. Widocznie tempo schodzenia było za szybkie. Muszę jakoś funkcjonować. Mam tylko nadzieję, że mój organizm jeszcze pamięta, jak produkuje się serotoninę. Albo że na nowo się nauczy. W planie mam 1/8 dawki co 2 dni. A potem ponowną próbę odstawienia…

 

Piszę o tym dlatego, że jeszcze do niedawna byłam zwolennikiem psychotropów. Obecnie – widzę, jak szybko i jak wiele rzeczy w krótkim czasie zmieniło po prostu wypłakanie pewnych rzeczy na terapii. 10 lat psychotropów VS niecały rok terapii. Widzę ogromną różnicę na korzyść terapii. Jest tylko jeden problem: mamy za mało dobrych terapeutów, a jeśli już są – wyjeżdżają, bo w Polsce mają trudny byt. Na terapię czeka się długo i jest dostępna tylko w dużych miastach. Tymczasem widzę, jak bardzo jesteśmy chorzy jako społeczeństwo. Ilu z nas ma dolegliwości psychosomatyczne, a nawet nie wie, że to przez stres i nerwy. Leki pozwoliły mi przetrwać czas oczekiwania na znalezienie pomocy i samouzdrawianie terapią (samouzdrawianie, bo to praca nad sobą, terapeuta tylko towarzyszy i wskazuje kierunek). Leki mnie nie uzdrowiły.

 

Piszę też to po to, abyście mieli na uwadze, że pigułka nie jest w stanie uzdrowić was na każdym poziomie, a tym bardziej jeśli problem leży w sferze psychicznej czy duchowej. Czy zatem polecam psychotropy? I tak i nie. Pomagają przetrwać te chwile, w których nie mamy siły mierzyć się z naszymi „demonami”. Ale odkładają to w czasie – jeśli chcemy wyzdrowieć, prędzej czy później trzeba będzie się z nimi zmierzyć.

 

FB_IMG_1508481364269

PS. Nie namawiam tym wpisem nikogo do odstawienia leków. Jeśli są przepisane, widocznie potrzebujecie je brać. Ja sama brałam je wiele razy, aby przerwać błędne depresyjne koło. Tylko co z tego, jeśli wzmocniłam organizm lekami, jeśli wciąż miałam mechanizmy psychologiczne, które z powrotem mnie wpędzały w depresję? Właśnie z nimi potrzebujemy się uporać na terapii, aby nie powtarzać wykańczania się psychicznego i co za tym idzie – ciągłego powrotu do leków. Załóżmy, że często chorujesz na zatoki, ale jednocześnie nie zakładasz czapki w zimne, wietrzne dni. Nie jesteś świadomy tego, że to może być przyczyna częstego chorowania. Bierzesz leki na zatoki, pomagają, jest lepiej. Ale później znów nie nosisz czapki i sam sobie szkodzisz (nawet nieświadomie – bo może nie wiesz, że aby nie chorować na zatoki, potrzebujesz nosić czapkę na zimnie – jest to więc zachowanie bezwiedne, nieuświadomione). Podobnie jest z tym, co robimy podświadomie, by znów wpędzić się w depresję – narażamy się na toksyczne relacje, przepracowujemy, nie dbamy o swoje zdrowie fizyczne, otaczamy się samymi złymi wiadomościami, wypieramy lub tłumimy emocje itd. Na terapii po 1. uświadamiamy sobie szkodliwe dla nas schematy, po 2. pracujemy nad wytworzeniem zdrowych schematów, nawyków i przekonań, aby zminimalizować ryzyko ponownego wpadnięcia w depresyjny dołek.