Tam, gdzie pojawia się ściana w terapii tradycyjnej, czyli ciąg dalszy o terapii wewnętrznego dziecka

29570959_985153204984417_335158238682112084_n

Obrazek dla atencji jest:) Oczywiście jeśli powyższych emocji jest zbyt dużo, też niedobrze – świadczy to o zaburzeniu – w przypadku tłumionych złości i smutku są to nerwice i depresje. Emocje są ok, jeśli mogą na bieżąco przez nas płynąć i tego się trzymam.

Dziś kilka moich luźnych przemyśleń w oparciu o własne doświadczenia terapii. Od 17 roku życia, gdy zapadłam na ciężką depresję, chodziłam do różnych terapeutów. Zwykle moje wizyty odbywały się na zasadzie poradnictwa bieżących spraw i zmiany zachowań (terapia poznawczo-behawioralna). Dały mi silny fundament pod zmianę, wiele dzięki nim wyciągnęłam… ale w 2016 roku przyszedł kolejny silny nawrót depresji i dał mi do myślenia: czy na pewno dotychczasowe terapie mi pomogły? Pewnie dzięki nim przetrwałam trudne momenty (szkoła, studia), nabrałam większego wglądu w siebie, ale… to było za mało. Wciąż wracały dawne schematy myślowe, głosy silnego wewnętrznego krytyka w mojej głowie: nie poradzisz sobie, jesteś do niczego, jesteś brzydka, gruba itd… Skąd tak negatywne myśli o sobie? Tak silne… Walka z nimi była jak walka z wiatrakami. W końcu przestałam walczyć, zaczęłam słuchać i akceptować. Dzięki temu, że dostałam się na terapię dzienną. Tam, poniekąd nie wiedząc jeszcze, że pracuję z wewnętrznym dzieckiem, zaczęłam z nim pracować. Odkrywać dawne, źle zagojone rany, aby zagoiły się prawidłowo. Wypłakiwać, wyzłościć się na to, z czym nikt nie pozwolił mi się wcześniej pogodzić, albo na co nie byłam sama gotowa. Pewnie wiele tego jeszcze we mnie tkwi, ale solidna psychoanaliza, połączona z relaksacją, medytacją i TRE oraz dawaniem sobie prawa do przeżywania emocji, także tych zakopanych dawno temu, była KROKIEM MILOWYM do mojego zdrowienia. Nie jest idealnie. Ale widzę ogromną różnicę w sobie, są momenty dłuższe niż sekundy, zdecydowanie dłuższe, że czuję się ze sobą lepiej. Czuję, że mam w sobie wsparcie, przyjaciela, matkę… Nieraz wręcz rozpiera mnie energia, nie wiem skąd, pewnie z kontaktu z moją własną duszą, która tam w głębi jest piękna i pełna miłości.

Tego momentu w terapii życzę Wam wszystkim. Droga do niego była długa i bolesna, ale warto było. Planuję oczywiście dalej pracować nad sobą, nie spoczywać na laurach. Mam na oku terapię, na którą jednak potrzebuję uzbierać trochę grosza. A póki co – pracuję. Nad jedną z najbardziej zaniedbanych w moim życiu sfer – sferą zawodową. I idzie mi coraz lepiej;)

Przesyłam uśmiech i medytację od Violi:

Reklamy

Czego nauczył mnie mój kot

P1000088

To mój kotek. Którego od wczoraj z nami już nie ma. Bardzo chorował, bardzo przeżywam jego śmierć, ale staram się szukać, co było dobrego w jego życiu i naszym życiu z nim. A wniósł do naszego życia naprawdę wiele ciepła, humoru, zdrowia i cichej obecności.

Myślę, czego mogłabym się od niego nauczyć w kontekście życia i zdrowia psychicznego. Na pewno są takie rzeczy, które warto bym zapamiętała.

  1. Dopominaj się o czułość. (I o swoje! Bo Ci się to należy!) Jeśli ktoś nie daje Ci czułości, daj ją sobie sam! Mój kotek tak działał. Gdy nie doczekał się głasknięcia, skakał do ręki, by się o nią otrzeć, ocierał się o nasze nogi, o meble, brodą o kant stołu i – miał dzięki temu życie pełne czułości. Od nas oczywiście też ją dostawał. Stopniowo zdobywał kolejne nasze wnętrza domowe, aż w końcu doszło do tego, że zimą spał z nami, najczęściej prosto na mnie. Potrafił dawać czułość i brać czułość. Był pod tym względem wyjątkowy i na pewno szczęśliwszy dzięki temu. Wskakiwał też na okno, by go wpuścić do domu, żebrał o kawałek szynki czy mięska, gdy przyrządzałam jakieś danie (i zazwyczaj się doczekał), pchał się na kolana po odrobinę ciepła… Będzie nam tego brakować.
  2. Dbaj o swoją niezależność. Mój kotek umiał zadbać o siebie. Oczywiście poprawialiśmy jego komfort życia na ile mogliśmy, zostawiając mu wodę i karmę, ale nigdy nie przestał łowić myszy (no może poza sezonem zimowym, gdy myszy nie było). Przynosił z głośnym miauczeniem każdą mysz, by się podzielić, lub go pochwalić i oczywiście dostawał głasknięcie (choć o 4 rano jest to nieraz kłopotliwe). Ale upatruję w nim też to, że w tej sposób o nas próbował dbać, karmić nas jak swoją rodzinę. Jednocześnie był kotem wychowanym na wolności, wcześniej prawdopodobnie bezdomnym. Potrafił zadbać o swoje terytorium, ale był też łagodny względem innych kotów. Dopiero, gdy wyraźnie naruszały jego granicę, przeganiał je.
  3. Spędzaj jak najwięcej czasu na łonie natury. Wygrzewanie się na słońcu, wędrowanie na myszy, nawet chodzenie za nami na spacery wkoło domu – to było to, co nasz kotek uwielbiał. I taka była jego natura. Kiedy tylko mógł, przebywał na zewnątrz i dzięki temu był w dobrej formie aż do starości. Nie ma lepszego leku, jak zieleń, słońce, świeże powietrze.
  4. Dawaj z siebie co możesz innym. Myślę, że kotek był szczęśliwy, mogąc wygrzewać nasze kolana (i nie tylko, bo siadywał mi na brzuchu, klatce, ramieniu, kolanach) i mruczeć, aby pomóc nam fizycznie się uleczyć. On też z tego korzystał: miał porcję czułości. To, co dajemy, wraca do nas. My także zapewniając mu opiekę, wiele dobrego czerpaliśmy od niego.
  5. Nie trzeba wielkich wydarzeń w życiu ani bycia wyjątkowym (urodą np.), aby być szczęśliwym. Mój kotem był zwykłym dachowcem, pewnie przeżył życie jak wiele innych kotów, ale to relacja, jaką z nami miał, czyniła go wyjątkowym. Był kochany i na pewno kochał swoim kocim sercem. I to liczy się najbardziej.

Więc jeśli wahacie się jeszcze, czy warto… tak! Warto przygarnąć kota, pieska lub inne zwierzę, nawet jeśli nadejdą trudne dni, kiedy będziecie musieli się z nim pożegnać. Wszystko rekompensują wspólne chwile z naszym cichym przyjacielem…

Ogródek warzywny a higiena umysłu

Ludzki umysł jest zupełnie jak ogródek warzywny. Trzeba go systematycznie odchwaszczać. Gdy nie robi się tego regularnie, zwłaszcza gdy ziemia jest żyzna (czytaj – umysł inteligentny i pojemny), zarasta tak, że próby odchwaszczenia go z myśli-śmieci zabierają potem znacznie więcej czasu. A i plony są mniejsze, bo ukryte pośród wysokich chwastów. Jak dobre myśli i wartościowe idee, którym daliśmy zakiełkować, ale nie dbaliśmy o nie należycie. Czasem, odchwaszczając umysł po dłuższym czasie niezaglądania tam, ze zdziwieniem jednak odkrywamy, że plony są, ba, niektórym zasadzonym roślinom nawet obecność chwastów służy, rosną sobie spokojnie w cieniu i wilgoci, może mają tylko trochę za mało słońca. Ale dały radę wyrosnąć mimo wszystko. Tak dobre myśli i idee – mimo nieraz całego syfu myśli nieuporządkowanych, chaotycznych, zasianych przypadkowo i wyrośniętych bo wpuściliśmy je na swój teren – jednak przebijają się na wierzch i dają plony. Trzeba ich tylko dobrze poszukać, aby nie wyrwać razem z okazałymi już chwastami. Takie to refleksje dotarły do mnie, gdy ze wściekłością wyrywałam chwasty po całym sezonie wegetacyjnym, aby móc przekopać ziemię i dać jej odpocząć do wiosny. Znów natura mnie zaatakowała i zebrałam mało plonów, a jednak miło zaskoczyłam się, że z ogóle tam były. Jednak na następny rok podejmę kolejną próbę odchwaszczania regularnie. W tym roku czerwcowe deszcze skutecznie zniechęciły mnie do odchwaszczenia w porę ogródka i zarósł na dobre. Oby zewnętrzne okoliczności nie przeszkadzały mi w odchwaszczaniu swego umysłu regularnie i w każdym jego obszarze. Bo chwasty z czasem tak mocno się zakorzeniają, że wyrwanie ich jest nie lada sztuką i grozi wypadnięciem dysku. Tak samo, gdy zauważymy, jak mocno emocjonalnie pozwoliliśmy się zaniedbać, nie dając sobie uwagi i czasu na przemyślenia, poukładanie swoich spraw i przeżycie na bieżąco emocji, często jest już za późno i wytępienie ich z umysłu musimy odchorować.

Znalezione obrazy dla zapytania warzywniak ogródek

Motywatory cz.4.

Chwilkę mnie nie było… Bo rozkręcam drugiego bloga. W temacie diety, zdrowego trybu życia, ale też psychodietetyki i psychologii;) Na razie w powijakach. Nie chciałabym też łączyć tych blogów ze sobą, więc może natkniecie się na niego gdzieś w eterze.

Póki co dawna motywatorów na jesienny chłodny dzień, aby trochę cieplej zrobiło się na serduchu. (Dziś też parę po prostu ładnych widoczków)30741106_2073066596308698_1194485659771863040_n27545209_570207876679846_6125082595615848972_n29541516_1609675812457383_5266067553430525522_n39257766_2121276374583803_3904838142145855488_n40041099_307857313103059_5665649621108523008_nFB_IMG_150721314619842898072_842657992598176_6775828835251257344_n

21314827_810748155771255_5184682077371594382_n

23905243_531128423921125_8459075086656416439_n

szach-mat-ateisci-szafszawan marokolungern szwajcaria

FB_IMG_1508425178176

Trzymajcie się ciepło i nie dajcie się depresji 😉

TRE – Trauma/Tension Releasing Excercises

Witajcie!

Dziś o metodzie, która bardzo pomaga mi wrócić do siebie. Wiemy już, jak bardzo emocje wiążą się z ciałem. Odniesione trudne wydarzenia i traumy mogą wręcz odbijać się w naszym ciele, powodując jego określony wygląd (np. zamkniętą klatkę piersiową, zgarbione plecy). Przez ciało nasze wewnętrzne dziecko może dawać nam znać, że coś jest nie tak w naszym życiu, albo że coś było nie tak i trzeba w końcu się tym zająć, przeżyć, opłakać, pogodzić się, zmienić destrukcyjny dla nas wzorzec zachowania. Psychika daje nam mnóstwo objawów somatycznych (np. zespół jelita drażliwego, wrzody, choroby serca). Nie mówię, że w 100% choroby są wynikiem odniesionych traum, ale na pewno na występowanie owych chorób duszone emocje mają duży wpływ. Emocje zamrożone w ciele. Niekiedy nawet pośredni wpływ, np. po traumie nieakceptacji ze strony rówieśników dziecko może zamknąć się w sobie dosłownie i w przenośni: np. zostawać więcej czasu w swoim pokoju, spędzać czas bezpiecznie przed monitorem i w związku z tym się garbić, co powoduje zamkniętą pozycję ciała, nawet wady i schorzenia kręgosłupa. Wszystko jest połączone…

A co, jeśli powiedziałabym Wam, że istnieje metoda, która pomaga pozbyć się napięcia, także tego zaszłego, zamrożonego w ciele, przez co wpływa na nasze emocje i samopoczucie? Bo taką metodą jest TRE.

Pierwszy raz usłyszałam o tej metodzie około roku temu na terapii. Okazało się, że w moim mieście wojewódzkim, gdzie terapię podejmowałam, jest terapeutka, która uczy, jak poprzez odpowiednie działanie z ciałem, dosłownie „wytrząść” z siebie emocje. I nie jest to żadna niesprawdzona metoda, bujda na całego, czy jakaś newage’owa propaganda. Jest to sprawdzona naukowo i skuteczna metoda, stosowana m.in. w krajach objętych konfliktami zbrojnymi, po zamachach, po traumatycznych wydarzeniach. I – co najważniejsze – działa.

Nauczyłam się tej metody. Sprawdziłam jej skutki na sobie. Mam za sobą na razie kilka sesji TRE, ale już widzę różnicę w swoim ciele. Zablokowane biodra zaczynają się otwierać, jakbym miała więcej miejsca w ciele. Traumatyczne wydarzenia, które miały miejsce w moim życiu, na każdym jego etapie, zostają tak jakby „odreagowane”  i już tak dotkliwie nie bolą wspomnienia o nich. Widzę postęp i jestem zdecydowana, aby ćwiczyć samej przynajmniej raz w tygodniu, a od czasu do czasu wracać do mojej terapeutki od TRE, aby motywacja i nawyk nie wygasły.

Na czym polegają te ćwiczenia? To prosta sekwencja ćwiczeń wykorzystujących głównie nogi i biodra, każdy jest w stanie ją zrobić. Następnie zmęczenie powstałe w czasie tych ćwiczeń wprawia nogi, biodra, nieraz całe ciało w drżenie neurogeniczne – naturalne np. dla zwierząt, które dosłownie „otrząsają się” z trudnych dla nich sytuacji, u nas ludzi niestety zapomniane i pogrzebane kulturowo (bo przecież nie wypada się trząść np. ze strachu). Możemy wykorzystać ten mechanizm w sposób kontrolowany w warunkach, które nam pasują (i w każdej chwili go przerwać, bowiem na początku może powodować poczucie dyskomfortu). Gdy się trzęsiemy, różne myśli przychodzą nam do głowy: mogą być związane z przeżytymi traumami, ale mogą być zupełnie niezwiązane z nimi. Ciało i tak wie, co chce odreagować i to robi – musimy tylko mu pozwolić.

Nie mówię, że jest to metoda na wszystko, a efektów nie widać od razu. Zdziwiłam się jednak, gdy po ostatniej rozmowie kwalifikacyjnej, nie zareagowałam jak wcześniej – nerwowym wybuchem płaczu. Wszystko było jakby spokojniejsze w mojej głowie, emocje znacznie słabsze i dające się okiełznać. Może to sprawa terapii, może TRE, a może obu naraz? Na pewno warto spróbować.

Podrzucam stronę TRE, na której możecie znaleźć terapeutę w swojej okolicy i zacząć działać ku zdrowszemu ciału i emocjom:

http://tre-trauma.pl/o-tre/

A także film – wykład o TRE:

Kilka słów o książce „Zdrowiej!” Dr’a Davida Servan-Schreibera

Książka reklamuje się na okładce jako: „Naturalne metody zwalczania depresji i stresu. Bez leków i psychoanalizy!” Postanowiłam przeczytać, zwłaszcza, że dostałam ją od… mamy (ciekawe, czy czytała;)).

Pozytywnie zaskoczyła mnie treść książki, oparta na długoletnim doświadczeniu autora jako psychiatry w leczeniu różnych osób. Opisuje ich przypadki, oraz jakie terapie na nie pomagały. W szczególności zainteresowała mnie metoda EMDR, o której czytałam pierwszy raz. Z tłumaczenia z języka angielskiego (eye movement desensitization and reprocessing) jest to odczulanie z zastosowaniem ruchu gałek ocznych oraz przeformułowanie negatywnych schematów poznawczych. W dużym skrócie: metoda ta pozwala na przerobienie w części umysłu odpowiedzialnej za emocje dużych traum i ich skutków np. objawów somatycznych lub psychicznych, które zwykle z tych traum się wzięły. Stosuje się ją jako metodę alternatywną, ale zyskującą coraz większe uznanie ze względu na skuteczność w leczeniu PTSD (zespołu stresu pourazowego). Wplata się ją w tradycyjną terapię poznawczą: polega na podążaniu ruchem gałek ocznych w lewo i prawo za spokojnym ale rytmicznym ruchem dłoni terapeuty, (coś jak za wahadłem hipnotyzera, własne skojarzenie:)), co pomaga pobudzić mózg emocjonalny (układ limbiczny w mózgu) do przetrawienia tych emocji i pozostawienia ich za sobą. Co ciekawe, im młodsza osoba, tym szybsze są efekty tej terapii.

Bardzo zaciekawił mnie naukowy wstęp do książki na temat właśnie części mózgu odpowiedzialnej za emocje (układ limbiczny) bo jest to część ściśle sprzężona z ciałem i nieraz działając na ciało właśnie (co zauważyłam w swojej wieloletniej praktyce sportowej) jesteśmy w stanie pobudzić lub wyciszyć określone emocje, odreagować je (np. bijąc w worek treningowy lub rozluźniając określone mięśnie na relaksacji). Tym bardziej utwierdza mnie to w przekonaniu, że jesteśmy jedną wielką całością: ciało i psychika przeplatają się, jedno ma ogromny wpływ na drugie: to, co jemy i robimy może generować określone emocje. Np. mięsień biodrowo-lędźwiowy często jest przykurczony u osób wykonujących pracę siedzącą (bardzo powszechną w dzisiejszych czasach), a jego napięcie może wpływać bardzo na poczucie rozdrażnienia i napięcia nerwowego – nieraz czujemy się źle po długotrwałym siedzeniu i nie wiemy dlaczego, czujemy potrzebę wstania i rozciągnięcia się. Zwierzęta rozciągają się odruchowo. My zapomnieliśmy o wielu swoich instynktach i słuchaniu swojego ciała.

Drugą metodą, która mnie zaciekawiła jest osiąganie stanu koherencji serca za pomocą wyciszenia się, spokojnego oddechu i przywołania pozytywnego uczucia – wdzięczności, radości, spokoju np. za pomocą wspomnienia. Zacytuję, jak osiągać ten pozytywny dla naszego serca stan, który przekłada się później na korzystne i harmonijne funkcjonowanie naszej fizjologii i emocji, pozwala uspokoić chaos w głowie i ciele:

„Podobnie jak w tradycji ćwiczeń jogi, w medytacji i wszystkich innych technikach relaksacyjnych, pierwszy etap ćwiczeń polega na skierowaniu uwagi ku swojemu wnętrzu. Gdy poddajemy się tej metodzie po raz pierwszy, musimy najpierw wyłączyć się ze świata zewnętrznego i zaakceptować konieczność odsunięcia na kilka minut wszelkich trosk i niepokojów. Należy przyjąć, że nasze kłopoty mogą zaczekać przez czas potrzebny sercu i mózgowi do odnalezienia równowagi i wzajemnej bliskości.

Najlepszym sposobem dojścia do takiego stanu jest powolne zaczerpnięcie dwóch głębokich oddechów. (…) W celu zmaksymalizowania efektu należy skupić całą uwagę na oddechu, aż do samego końca wydechu, potem na kilka chwil zrobić małą przerwę, zanim kolejny wdech sam z siebie nie wypłynie. Chodzi o to, aby dać się ponieść wydechowi aż do punktu, w którym naturalnie przeobraża się on w rodzaj spokoju i lekkości.

(…) Aby osiągnąć maksymalną koherencję serca, należy po 10-15 sekundach takiego stanu stabilizacji przenieść świadomie uwagę na punkt klatki piersiowej, w której znajduje się serce. W tym drugim etapie, najłatwiej jest wyobrazić sobie, że oddychamy przez serce. Kontynuując powolne i głębokie oddychanie (naturalnie bez przesadnego wysiłku) należy wyobrazić sobie, jak każdy kolejny wdech i każdy kolejny wydech przenikają tę ważną część ciała. Oczami wyobraźni śledzimy, w jaki sposób wdech dostarcza potrzebnego mu tlenu, a wydech pozwala pozbyć się wszystkich niepotrzebnych już pozostałości. (…)

Trzeci etap polega na włączeniu się w rodzące się w klatce piersiowej uczucie ciepła i odprężenia, a chronieniu go i wspomaganiu myślą i oddechem. Początkowo dostanie to jest zwykle nieśmiałe i bardzo dyskretnie daje o sobie znać. (…) Skuteczną metodą dodania mu (sercu) odwagi jest spontaniczne wywołanie uczucia aprobaty lub wdzięczności i pozwolenie, aby wypełniło cała pierś. Serce jest szczególnie wrażliwe na uczucie wdzięczności, na każde uczucie miłości, którym obdarzamy człowieka, zwierzę, przedmiot lub nawet wyobrażenie o życzliwości i pięknie otaczającego nas świata.

(…)

Owa koherencja rytmu serca znajduje natychmiast odbicie w mózgu emocjonalnym, dla którego oznacza, wprowadzając do w stan równowagi, że z punktu widzenia fizjologii panuje jak najlepszy porządek. Mózg emocjonalny odpowiada na tę informację utrwaleniem koherencji serca. To wzajemne napędzanie się stanowi magiczny krąg, dzięki którego przy odrobinie wprawy można utrzymać maksymalny stan koherencji przez trzydzieści minut, a nawet dłużej. Koherencja między sercem, a mózgiem emocjonalnym stabilizuje autonomiczny układ nerwowy – utrzymuje w stanie równowagi układy współczulny i przywspółczulny. Po osiągnięciu takiej równowagi znajdujemy się w optymalnej sytuacji, aby stawić czoło wszelkim ewentualnym zdarzeniom. Jesteśmy w stanie dotrzeć jednocześnie do mądrości mózgu emocjonalnego – do jego intuicji – oraz do funkcji refleksji i planowania mózgu kognitywnego, czyli do rozumowania abstrakcyjnego.”

Myślę, że te fragmenty wystarczą, aby wypróbować tą metodę choćby do okiełznania natarczywych myśli i niepokoju.

W pozostałej części książki autor pisze o znanych mi już wcześniej metodach na złagodzenie lęku, depresji, nieraz bardzo prostych i intuicyjnych, ale zapomnianych przez nas w ciągłym biegu. Są to:

  • akupunktura (nie próbowałam na sobie, więc nie wypowiem się, czy warto, czy nie, ale z przytoczonych badań i obserwacji autora – warto spróbować)
  • regulowanie zegara biologicznego przez higieniczny tryb życia (stałe pory wstawania, posiłków) oraz symulowanie naturalnego świtu (w postaci specjalnej lampki która stopniowo rano nas wybudza, przydatnej np. dla osób odczuwających depresję sezonową związaną z brakiem światła dziennego)
  • suplementacja kwasów omega-3 i zwiększenie ich podaży w diecie – co ma korzystny wpływ na pracę mózgu (przetestowałam na sobie – faktycznie czuję poprawę, ale dopiero po bardzo dużych dawkach, więc nie każdy suplement się tu nada)
  • codzienna, choćby krótka, aktywność fizyczna, najlepiej na świeżym powietrzu -> wydzielanie endorfin, które naturalnie poprawiają nasz nastrój
  • okazywanie miłości i czułości – po prostu każdy człowiek tego najbardziej potrzebuje, choćby miała to by być miłość zwierzęcia (udowodniony pozytywny wpływ zwierzęcia którym się opiekujemy na stan psychiczny)
  • komunikacja emocjonalna – pozbawiona toksyczności komunikacja ze światem: mówienie o swoich uczuciach, potrzebach, granicach, w sposób nie obrażający nikogo i dający przestrzeń – coś, czego trzeba się uczyć całe życie, zwłaszcza jeśli doświadczyliśmy toksycznych relacji,
  • okazywanie empatii – słuchanie sercem
  • zaangażowanie się w szczytne działanie np. wolontariat, działanie na rzecz jakiejś społeczności, co powoduje u nas poczucie, że nie jesteśmy sami i należymy do grupy, mamy też wyższy cel i misję do spełnienia – karmi to nasze poczucie bycia ważnym.

Zachęcam do przeczytania całej książki. Ja na pewno nie raz do niej jeszcze wrócę w drodze do siebie. Pozdrawiam:)

zdrowiej-pokonaj-lek-stres-i-depresje-w-iext35239304

Leczenie wewnętrznego dziecka

Praca, którą zajmuję się w większości sama. Z pomocą filmów na youtube, książek, artykułów. Dziś mam wrażenie wykonałam ważny krok do przodu. Posłuchałam swoich emocji z wczesnego okresu dziecięcego. Wypłakałam je, wyżaliłam się (na głos, w zamkniętym aucie)… Może choć trochę zeszły. Pomagają mi bardzo medytacje takie, jak ta:

Wyobrażam sobie siebie jako niemowlę, dziecko, (ogólnie na etapie życia, gdy coś poszło nie tak), staram się je wewnętrznie przytulić, jednocześnie dopuszczając emocje, które się w tym dziecku pojawiają, aby je uwolnić.

U mnie, w moim wewnętrznym niemowlęciu, pojawiło się dziś dużo poczucia opuszczenia, lęku przez złością mamy i wołania: mamoooo! Aby ona przyszła i zaspokoiła moje potrzeby: czułości, miłości, ciepła. Aby do mnie mówiła, szeptała, rozmawiała, była łagodna.

Ale moje emocje z okresu wczesno-dziecięcego mówią mi, że tak nie było. Że często leżałam w łóżeczku i byłam pozostawiana sama sobie, do wypłakania się, a wszyscy dorośli byli zajęci wielce ważnymi sprawami, np. pracą, próbą przetrwania w biedzie. Moje emocje mówią mi, że bałam się agresji mamy, że jednocześnie bardzo jej potrzebowałam i bałam się. I była tylko wtedy, gdy naprawdę działo się coś bardzo złego, np. byłam chora. Że zawsze ślizgała się gdzieś po powierzchni, nie patrzyła mi w oczy, nie nawiązywała ze mną prawdziwej relacji. Jakbym była w jej życiu tylko kolejnym ciężarem, który trzeba utrzymać, a nie darem ani błogosławieństwem. A nie przyjacielem i kimś ważnym.

Jakże ciężko mi to odczarować teraz, gdy w mojej głowie toczy się walka, już nie o uwagę mamy, ale o uwagę i czułość od samej siebie. Przez lata dawałam sobie tylko to, czego się od niej nauczyłam. Nie słuchałam siebie, sygnałów ze swojego ciała. Dopiero na studiach zaczęłam się bardziej w siebie wsłuchiwać, gdy pojawiły się pierwsze dolegliwości nerwicowe. Moje wewnętrzne dziecko już nie krzyczy – ono wyje. Wyje o uwagę i odrobinę ciepła. Jest mi go cholernie żal. I chcę mu pomóc. Mogę to zrobić. Teraz mogę. Mogę dawać sobie to, czego nie otrzymałam. Ale potrzebuję też uznać stratę, że wtedy w określonym momencie życia nie dostałam tego, co było dla mnie tak cholernie ważne (wybaczcie język, piszę w emocjach). Że byłam traktowana jak dopust boży, jak natrętna mucha, od której trzeba się oganiać. A nie jak dziecko, które płacze, bo coś już bardzo potrzebuje. Płacz dziecka pewnie drażnił moją mamę, bo przypominał jej o własnym wewnętrznym dziecku, które również wyło z rozpaczy chowania się w zimnym domu.

Zimny chów. Nieraz, gdy kupuję jajka z wolnego wybiegu, myślę, że ta decyzja nie była przypadkowa, bo tak bardzo rani mnie myśl o więzionych zwierzętach, pozbawionych słońca, relacji ze sobą, przestrzeni. Ja chyba byłam taką klatkową kurą, trzymaną tylko dla korzyści, bo wymagano ode mnie wiele na polu naukowym, a potem zrobienia kariery itd. Nie udało się, wszystko runęło jak domek z kart. Może żeby mi uświadomić, że to nie były MOJE oczekiwania. Że ja z całej siły pragnęłam być kochanym dzieckiem. Nie docenianym za to, co robi. Ale kochanym bez względu na to, w jakim dole życiowym się znajduje.

child