Samookaleczanie się – jak przestać

Witajcie,

dziś temat trochę trudny dla mnie, ale pewnie trudniejszy dla wielu z Was, którzy przeszli przez samookaleczanie się. Moje depresja nie sięgnęła aż tam, jedyne co wobec siebie robiłam złego, to masakrowanie twarzy w celu „pozbycia się” niedoskonałości (w efekcie czego było jeszcze gorzej) oraz zdrapywanie strupów. I ogólnie dni niedbania o siebie, swoją dietę, wypoczynek, nadmierne spożycie alkoholu, które to zachowania też można jakoś podpiąć pod autodestrukcję.

Wracając do tematu. Zdążyłam zauważyć, że każdy moment, w którym miałam ochotę zrobić sobie coś złego, wiązał się z przeżytymi traumami i chęcią pozbycia się tych emocji, a raczej przeniesienia ich na fizyczny ból. Bach – nagle spotyka mnie sytuacja podobna do tej z odległej przeszłości, której to sytuacji nie ogarnęłam, tylko zamknęłam w sobie „na później” i uruchamiają się reakcje wręcz nieadekwatne do sytuacji obecnej. Panika, lęk, chęć ucieczki lub zranienia kogoś lub siebie. Duszności, kołotania serca, słabość, niepowstrzymany płacz – objawy typowo nerwicowe. I chęć ulżenia sobie. Np. poprzez samookaleczenie. Być może ktoś kiedyś pokazał nam, że tak można – ubiczować siebie. Być może – ten ktoś „ubiczował” nas w takiej sytuacji i nauczyliśmy się, że jest to pewien sposób na poradzenie sobie z emocjami. I wrosło to w nas na tyle, że czujemy, że zasługujemy na ból w takich sytuacjach. Ale… jest to jedynie sposób na odwrócenie uwagi od trudnych emocji, nie na pozbycie się ich, na ponowne ich zakopanie, a one i tak później wrócą. A sobie dodatkowo wyrządzamy krzywdę, tracimy zaufanie do samego siebie jeszcze bardziej, bo stajemy się swoim oprawcą.

Po sytuacji, gdy boleśnie uszkodziłam sobie żołądek na długie dni alkoholem żeby stłumić emocje, powiedziałam sobie: dość. Nie będę więcej swoim oprawcą. To, że ktoś kiedyś nim był, nie znaczy że ja mam być nim dla siebie. To mój pierwszy krok: cokolwiek by się nie działo potrzebuję zaufać SOBIE, że nie zrobię sobie krzywdy. Że nie chcę być dla siebie katem. I w każdej takiej nerwowej sytuacji, które później wiele razy przywoływały mi krzywdy z dawnych lat, zawsze miałam w głowie zapalającą się lampkę: nie zasługuję na karę, zasługuję na więcej miłości, nie będę dla siebie katem, ale obrońcą, nie skrzywdzę siebie, przeżyję to i przeczekam aż się wypłacze, aż się wybrzmi w moim życiu żebym mogła iść dalej, nie będę tego zamieniać na ból fizyczny i blizny które później musiałabym nosić na ciele. Pomaga takie mentalne „przytulenie się” i poczucie zaufania do samej siebie. Bardzo to podniosło moje poczucie własnej wartości. To, że mogłam na siebie liczyć, zaufać sobie, dać sobie potrzebny czas i przestrzeń na przeżywanie. Nie jest to łatwy proces, psychoterapia bardzo wiele mnie kosztuje bólu i nerwów, bo przez całe dziecinne i nastoletnie życie uczyłam się jak dusić w sobie, nie jak wyrażać i przeżywać, aż w końcu to zaczęło samo wypływać: w postaci chorób duszy i ciała. I właśnie, aby choć złagodzić te choroby (nerwice, depresje, jelito drażliwe), przechodzę przez ten proces i uczę się ufać sobie na nowo. Pewnie nieidealnie, ale widzę ogromny postęp w sferze emocjonalnej. Nie zawsze jest kolorowo, uroki życia, ale uczę się dopuszczać te trudne momenty do siebie, a nie je zamykać. I tego Wam życzę.

Najpierw poszukaj w swoim życiu: dlaczego chcesz się okaleczyć? Co kiedyś się stało, że chcesz wybrać taką drogę, nie inną? Kto Cię kiedyś zranił, okaleczył? Ta świadomość dużo daje. Później: podejmij świadomą decyzję że nie będziesz więcej dla siebie katem. Przerwij spiralę agresji, którą ktoś kiedyś zaczął (może nawet Ty ją zacząłeś). Powiedz: wybaczam sobie. Nie będę więcej katem dla siebie. Jestem wolny i chcę żyć. Zasługuję na miłość i na to co dobre, nie na krzywdę. Powtarzaj sobie to za każdym razem, gdy zechcesz się skrzywdzić. Już samo to, że masz w sobie oparcie i przyjaciela, który chce wysłuchać Twoich lęków, a nie je stłamsić – powinno złagodzić objawy. Zamknij oczy, odetchnij głęboko, zaufaj sobie. Wierzę, że dasz radę.

20170204_145212

Reklamy

Nowe życie

w-ciazy8_3281765

Tak, zostałam mamą. Już zostałam, choć maleństwo jeszcze będzie we mnie przez najbliższe miesiące. Uczucie – nie do opisania. Mieszanka radości, strachu, miłości, niepokoju, spokoju… Cały kalejdoskop uczuć. W chwili obecnej staram się zwolnić w swoim życiu, bo jest dla kogo odpoczywać. Wszystko się zmienia.

Nie sądziłam, że zajdę w ciążę tak szybko. Właściwie pół miesiąca po odstawieniu ostatniej minimalnej dawki leków. Oby nie wpłynęły na dziecko.

Mam bardzo zmienne nastroje, ale raczej wiążę je z obawami jak to będzie (i z hormonami), niż z obecnym stanem lekko depresyjnym.

Moje wczesne dzieciństwo nie było usłane różami, zastanawiam się więc jakim ja będę rodzicem. Na pewno wiem, jakim nie chcę i chcę być.

Nie chcę ignorować płaczu ani emocji dziecka. Chcę zbudować z nim pełną zaufania relację, chce go chronić przed każdym kto okaże wobec niego złe zamiary. Chcę go przytulać, nosić przy sobie ile będzie potrzebowało. Wybaczać nieprzespane noce i bałagan w domu. Być wyrozumiała, gdy będzie czegoś się dopiero uczyć i siłą rzeczy będzie nieporadne. Nie stosować przemocy fizycznej ani emocjonalnej. Wspierać, ale nie robić wszystkiego za nie. No, może na początku. Okazywać swoje emocje, ale nigdy w brutalny sposób. Pokazywać mu ile jest pięknych rzeczy na świecie. Dawać, bez zabierania sobie. Budować poczucie stabilizacji, nie chaosu. Kochać, stawiając mądre granice. Najtrudniejsze zadanie na świecie.